czwartek, 29 grudnia 2016

Grudzień młodego gejmera

1 grudnia
Jak to już grudzień? Trzeba kupić prezenty... Ale przecież mam czas. Dużo czasu.
Mogę zagrać.

2-22 grudnia
Prezenty? Jeszcze nie mam nawet pomysłu. A zresztą... Dalej mam czas, mogę grać. Przecież się wyrobię. Zresztą jest nowy sezon w Lolu, a dywizja się sama nie wbije!

23 grudnia
Jak to jutro Wigilia?! Przecież jeszcze nie mam prezentów!
Co to za tłumy w galeriach. Ci ludzie nie mają nic innego do roboty? Nie mogli wcześniej zrobić zakupów?
Matko godzina w kolejce. Najpierw skończyły mi się życia w Candy Crash, a potem padł mi telefon. Jakaś masakra. Nienawidzę świąt...
W końcu w domu, mogę pograć.

24 grudnia
Od rana wrzaski, nie można się wyspać nawet. Jeszcze zaganiają mnie do roboty. Tylko najpierw wyślę wojska na inną wioskę i mogę później pójść załatwić tego karpia, niech stracę. No stanie się coś, jak posiedzę pięć minut przy kompie, czy co?
Oho, babcia. No i ciocia kochanieńka. Już są. Jak zawsze za wcześnie. Zaraz tu dostaniemy wszyscy zakwasów od zasuwania.
Nooo w końcu siedzimy. Jeszcze tylko opłatek i życzenia, a potem wyżerka. Raz w roku można.
Ciekawe co pod choinką. Może te duże pudełko to dla mnie? Może się zrzucili na xboxa? Fajnie by było... Drugiego pada się dokupi, będzie można grać... A może bym zaczął streamować? Kurde, to by było coś.
No tak, pudełko było dla ojca. W środku była jakaś wiertarka. Świetny prezent.
No od babci jak co roku sweter. Od ciotki skarpetki, ona chyba mnie nie lubi. Ostatnia nadzieja w rodzicach. Ciekawe co jest w tej paczce. No tak... Słownik. Dzięki mamuś, świetny prezent. Mogłaś mi chociaż pada kupić, to bym sobie w Fife pograł jak człowiek, a tu słownik. Serio?
Powiem, że się przeżarłem, to będę mógł pójść do swojego pokoju. Jak wyjdą na pasterkę, to sobie pogram.

25 grudnia
Znowu goście. Gośka przywlekła tego swojego mężusia i zaślinione dziecko. Super. Jak pójdą, to pomogę uprzątnąć. Byle szybko. Pograłbym coś jeszcze dzisiaj.
Czy ludzie z małymi dziećmi nie powinni iść wcześniej do domu? Jest 21 do cholery.
No, w końcu zostali na noc... Dzisiaj nie pogram. Bo jeszcze gówniarza obudzę.

26 grudnia
Po raz drugi próbuję się wymówić żołądkiem, ale matka za dobrze mnie zna, więc właśnie siedzę w naszym wozie i pędzimy w odwiedziny. Jak ja nienawidzę świąt.

27-29 grudnia
No w końcu kilka dni spokoju. Mogę spokojnie grać. Nawet gotować nie trzeba, bo tyle zostało tego po świętach. Wystarczy wstać do lodówki. No wypas!

30 grudnia
W sumie jutro Sylwester. Ktoś mnie tam zapraszał, może nawet pójdę. Tylko kurde, trzeba by do sklepu skoczyć po coś z procentami. E tam, jutro pójdę. Mogę jeszcze pograć.

31 grudnia
Co tu wszędzie tyle ludzi! Co oni, nie mogli wcześniej zrobić zakupów? I czemu nigdzie nie ma już szampana? No ostatecznie, wezmę zwykłe wino, to przecież to samo, tylko bez bąbelków. Czemu fajerwerki są takie drogie? Matko, szkoda kasy. Kupię lepiej dodatek do Battlefielda. Ale to jak wydostanę się z tego sklepu.
No w końcu w domu. O przeceny na steam, może jest coś fajnego.
Kurczę, skoro kupiłem, to może chociaż zainstaluję? Co mi szkodzi, mam jeszcze trochę czasu.
Jak to jest 20! Jestem w czarnej dupie, zresztą jak co roku. Zadzwonię do nich i powiem, że musiałem pomóc w domu. No i spoko, będę za jakiś czas.
Jak to nie ma połowy ludzi? To gdzie oni są? No pewnie zostali w domu, bo nie chciało im się przychodzić na tę sztywną domówkę. Mogłem być w  domu i grać. Masakra, wypiję chociaż to wino.
No fajnie, zaraz fajerwerki. Pójdę z nimi na zewnątrz i się zmyję tak, że mnie nawet nie zauważą.
W końcu w domu. Mój kochany komputerek czekał na mnie. No to gdzie ja skończyłem tę grę...


Pierwotnie był tu kawałek tekstu, w którym się tłumaczyłam, dlaczego używam męskiej formy narracji.  Ale stwierdziłam po czasie, że obrażałabym w ten sposób inteligencję moich czytelników.
Później by mnie sumienie gryzło.
A ogólnie, to miałam ten tekst wrzucić 24 grudnia (i nawet były życzenia, które też wykasowałam).
Nie wyszło.
Bo jestem leniwa.
Tak na prawdę, to nie. Po prostu myślałam o bliskich, a nie o internecie przez te kilka dni.
Teraz to wrzucę, bo nawet pasuje, tak pod koniec roku.
To tyle.

Pozdrawiam, autorka.

Wszystkiego dobrego w nowym roku robaczki.


PS. Dostałam kiedyś Encyklopedię pod choinkę. Serio. A chciałam Simsy. Takie życie. Rok później dostałam Simsy. A potem kierownicę do komputera. Taką wiecie, do grania w Need for Speeda. Jakby ktoś chciał kupić, to no. Bo leży w szafce i w sumie szkoda, że tak się kurzy. 

środa, 14 grudnia 2016

Dlaczego granie w gry to gorsze hobby?

                Pojawiło się już kiedyś to pytanie w moich tekstach, ale nie udzieliłam w sumie na nie wyczerpującej odpowiedzi. Tak, to jeden z tych tematów, powodujących u mnie nagły atak złości. Obiecałam napisać coś na ten temat, więc teraz zapraszam do lektury.

                Kupujesz nową grę co miesiąc?
Masz mocnego kompa, na którego odkładałeś dłuższy czas? A może, co gorsze, będziesz go spłacał w kredycie przez następne trzy lata?
W internecie dużo czytasz o nowych technologiach, bo to cię po prostu interesuje?
Pewnie nie raz słyszałeś, że tracisz czas (no i pieniądze!) na głupoty.


                A może jesteś po drugiej stronie, nie rozumiesz fenomenu gier, uważasz to za marnotrawienie czasu i szkodliwe hobby?

                Jeśli jesteś w pierwszej grupie, to pewnie podzielisz moje żale. A jeśli z tej drugiej, to mam nadzieję, że trochę zrozumiesz z czym się to je i po co nam to.

                Życie jest ciężkie. Są rzeczy, które „trzeba”, bo bez nich nie można funkcjonować. Chodzimy do pracy, na studia, do szkoły.  Jemy. Śpimy. Spędzamy czas z przyjaciółmi, rodziną. A ci mniej nudni, mają swoje hobby. Bo człowiek bez zainteresowań jest nieciekawy, ale przede wszystkim, to ktoś smutny, który nie ma co robić ze swoim życiem.  Znacie takich na pewno. To ktoś taki, kto nawet nie ma czego opowiedzieć po weekendzie. Bo nic nie robił. Posprzątał, wypił piwo i obudził się w poniedziałek z poczuciem, że znowu trzeba do roboty. Tylko, że jemu jest w sumie wszystko jedno. Nie bądźcie takimi ludźmi, miejcie hobby. Ale dajcie żyć tym, który mają inne zainteresowania od was.

                Jeszcze zanim przejdziemy dalej, to powiem wam co rozumiem przez hobby. To coś, na co człowiek się decyduje w swoim czasie wolnym. Wolnym od pracy, obowiązków domowych i rodzinnych. Bo nie ukrywajmy, nic nie może być ważniejsze od tych trzech rzeczy. Jeśli ktoś przedkłada cokolwiek ponad je, to jest chory i uzależniony. Koniec kropka.

                Gry to hobby, to sposób spędzania wolnego czasu, to rozrywka, to metoda na odstresowanie lub, w drugą stronę, na zestresowanie się w ciągu 10 minut. Gry to międzynarodowe turnieje, wyczekiwanie na premiery, przecieki do gazet, ogromne fanowskie zaplecze, pełne grafik i filmików na youtube. Zupełnie jak sport, filmy czy książki. A jednak ciągle gdzieś tam są "gorsze".

                Gry zajmują czas. A co go nie zajmuje? Czym się różni przyklejenie do telewizora na dwie godziny, od zagrania dwóch misji w Call of Duty? Gdybyśmy mieli żyć według takiego toku myślenia, musielibyśmy ciągle pracować albo spać. Bo wszystko inne to marnowanie cennego czasu. Czasu który co? Mam go przeliczać na złotówki, czy jak? Zastanawiać się, ile mogłam przez te dwie godziny zarobić? Paranoja!
                A czas dla partnera? Myślę, że żona nie weźmie rozwodu, jeśli jej mąż wieczorem spędzi dwie godziny przy komputerze. Ona za ten czas może zrobić cokolwiek innego, poczytać, pomalować paznokcie, obejrzeć serial. Zagrać z nim! Bo co, nie wolno jej? Na tym polegają związki, że nie jest się do siebie przyklejonym non stop, a jeśli myślicie inaczej, to macie źle w głowach. Trzeba szanować drugą stronę, dawać swobodę, możliwość rozwijania swoich pasji i tylko upominać, jeśli przesadzają (nie mylić z  wypominaniem przy kłótniach).
                Czas dla dzieci? A to już zależy od wieku takiego dziecka, ale te małe zazwyczaj kładą się spać wcześniej od dorosłych. Co przeszkadza mamie pograć w farmę na facebooku, jeśli jej dzieciaki grzecznie już śpią? Krzywdę im tym zrobi czy co? A nastolatkowe to już w ogóle inna bajka, nawet się będą cieszyć, że rodzice nie suszą im głów cały dzień, tylko zajmują się czymś dla siebie. Nie róbcie z wychowania dzieci sposobu na życie, w którym poświęcacie swoim potomkom 100% swojego czasu. Znajdźcie go też dla siebie, na małe przyjemności. Albo może to ja nie powinnam mieć dzieci, bo byłabym okropną matką...
             Tracicie zdrowie na fotelach, przed monitorami! A miliony innych osób tracą je na kanapach przed telewizorami i co? No tak, ale filmy ogląda każdy, więc to jest normalne, ale gry już nie są. Siedzicie godzinami w internecie, przewijacie kolejne kilometry facebooka, stron ze śmiesznymi kotami, ale to gry to strata czasu i zdrowia? Jakoś bardziej mi szkodzi ten ekran od tego tabletowego? Czy co? Bo nie rozumiem? Jasne, nic w nadmiarze nie jest zdrowe, ale da się być „komputerowcem” bez nadwagi i tłustych włosów. Trzeba tylko myśleć, bo to nie boli.
                    A nie szkoda wam pieniędzy? No tak, bo akurat ktoś poza mną będzie mi mówił jak mam wydawać MOJE pieniądze. Dla jednego ważny jest duży telewizor, którego będą mu zazdrościć wszyscy z rodziny, ktoś woli wydawać na nowe buty, inny odkłada na auto, a ja lubię sobie sprawić nowe gry. Jak nie wystarczy mi do następnej wypłaty, albo braknie mi kieszonkowego na obiady, to będzie to tylko i wyłącznie moja wina i to ja będę sobie musiała z tym radzić. Uwielbiam ludzi liczących innym ile i na co wydali, już nie tylko przy grach, ale w ogóle. No i jeszcze nieśmiertelne Ciekawe ile on zarabia, że go na to wszystko stać... No nie chcę być wulgarna, więc tylko powiem: nic wam do tego. 
                Bo nie macie ruchu. No nie mamy. Szczególne ci, co zapieprzają fizycznie po 8 godzin dziennie i siadają na dupie przed kompem, żeby odpocząć. Jasne, tych jest tylko procent. Większość z biura przesiada się na biurko w domu. Ale jeśli robią to wieczorem, po wypełnieniu wszystkich innych obowiązków, to co? Nie wolno im, bo i tak siedzą w pracy? A to takie niezdrowe! Zastanawia mnie to, że zazwyczaj takie hasło zostaje rzucone od osoby, która ostatnio ćwiczyła w liceum. 20 lat temu. Ewentualnie przepłynęła 10 metrów jeziora i dostała takiej zadyszki, jakby zaraz miała zejść na zawał.
                Powiem teraz szczerze, bo to mój blog i mi wolno. Ja akurat ćwiczę. Na macie w domu, bo na macie w domu, ale jednak. Kiedy pogoda pozwalała, jeździłam na rowerze. Lubię pływać, więc i na basenie bywam. Ale tak na serio, to wystarczy chodzić na spacery. Nie trzeba się nawet bardzo pocić, żeby jakoś trzymać się zdrowo. Wysiąść przystanek wcześniej. Iść na nogach do sklepu, zamiast jechać autem. Przy komputerze jeść owoce i zapijać wodą, sokiem albo herbatą. Ale nie jestem Chodakowską, żeby was tutaj uświadamiać. A przynajmniej nie w tym tekście ;)

                Wiecie, co mnie najbardziej wkurza? To oburzenie, to plucie jadem Bo ty to tylko głowę w ten komputer wsadzisz i nic cie nie interesuje. Oczywiście tutaj przodują ci starsi, bo wiadomości nie oglądasz, bo filmów nie znasz, bo nie czytasz, więc jesteś gorszy. Bo dla takich gry nie mają wartości, wypowiadają się o nich, chociaż ich nie znają. Internet ma taką samą negatywną wartość dla niektórych, że na youtube nie ma tak na prawdę nic ciekawego, na portalach nie ma czego czytać, bo to same pierdoły, a w ogóle po co to komu. Nie sprawdzą nawet, nie postarają się zrozumieć, tylko oceniają z góry. 


                Nie chcę mówić, że gry to „lepsze” hobby. Nie ma lepsze czy gorsze. To po prostu jedna z możliwości, jeśli mogę i chcę to robić, to nikt nie powinien się ze mnie nabijać. A ja nie powinnam z kogoś, kto czyta, kto chodzi na zajęcia z baletu, czy gra w piłkę. Lubisz? To robisz, a innym nic do tego, tak długo jak nie szkodzisz nikomu. I tego się trzymajmy. A kiedy gry zaczynają przechodzić w uzależnienie? O tym innym razem. 

wtorek, 13 września 2016

Dlaczego artyści lubią gry?


Lubię o sobie myśleć jako o artystce. Coś tam rysuję, bardzo dużo piszę. Siedzę w społecznościach artystycznych od początku gimnazjum. Czyli ostatnio stuknęło mi już 10 lat, od kiedy w internecie publikuje swoje opowiadania i rysunki! W jakieś części publikuję rzeczy związane z grami. Stąd dzisiejszy temat. W sumie, to dlaczego artyści lubią gry i tworzą związane z nimi rzeczy?
Lubicie jakąś tam grę. Gracie w nią dość często. W końcu zaglądacie na fanpage tej gry na facebooku. A tam rysunki, cosplay'e, gify, filmiki, a czasem nawet muzyka, jakaś parodia się trafi. I to wszystko od fanów. I dziwisz się może czasem, po co? Niby zrozumiałe przy filmach, książkach i komiksach. Ale przy grach taka fanowska twórczość wielu dziwi.
A nie powinna.
Dla większości  wystarczające jest przejście gry, zagranie kilku mapek, wbicie jakieś tam rangi, poziomu itd. Nie interesują się tym, że postać, którą grają ma swoją historię, a tę można przeczytać na oficjalnej stronie wydawcy gry. A całą otoczkę fanowską uważają za zbędną, no chyba, że jakiś śmieszny obrazek ktoś wrzuci, to można się uśmiechnąć i tyle.  Jednak artyści, to takie śmieszne stworzenia, dla których to za mało. A ten "brak" jest impulsem do dawania czegoś od siebie. Opowiadania, rysunki, filmiki, cosplay'e. Głowy takich kreatywnych ludzi są pełne pomysłów. Ci lepsi na tym zarabiają, to wiadoma sprawa. Sprzedają plakaty, gadżety z własnymi projektami graficznymi, pojawiają sie na eventach itd.
Cieszy mnie bardzo, kiedy sami wydawcy gier zachęcają artystów do tworzenia. Przykładem niech będzie gra League of Legends. Na profilach społecznościowych często publikowane są fanarty i cosplay'e, a ostatnio Riot Games, przy współpracy z artystami z całego świata, wydał (już po raz drugi) oficjalny art book - czyli książkę, w której znajdziecie prace fanowskie dotyczące gry, postaci itd.
https://eune.merch.riotgames.com/pl/art/art-books/the-art-of-league-of-legends-volume-i-collector-s-edition.html

Blizzard, przy premierze gry Overwatch stworzył event " 21 days of Overwatch" przy współpracy ze stroną dla artystów, czyli deviantart.com. Każdy jeden dzień poświęcony był jednej z postaci, a efekty możecie zobaczyć TUTAJ .
A teraz wyobraźcie sobie, że nad waszą ulubioną grą pracuje pewien zespół ludzi. A jakiś procent z nich, to zawsze są artyści. Ludzie od pisania scenariusza, tworzący grafiki 2d, które później zostają przeniesione do gry przez następnych artystów. Cała otoczka, rzeczy, na które normalnie nie zwracacie uwagi, jak kursory, ikony menu, wizualizacje przedmiotów - to wszystko też robią artyści. No bo kto? Już nie mówię o muzyce, podkładaniu głosu, plakatach, okładkach do wydań pudełkowych... Nie trzeba rysować kreskówek, żeby się spełniać jako artysta. Można tworzyć gry.
Gdzieś tam po cichu marzę o takiej pracy. Bo nie ukrywam, uczę się rysować, powoli, bo powoli, ale jednak. Opowiadania tworzę od kiedy w ogóle nauczyłam się pisać, pierwsze znalezione pochodzi z 2  klasy podstawówki i nie było zadaniem domowym, a zabawą w wakacje. I teraz też projektuję, głównie wyglądy postaci do moich opowiadań, ale gdybym miała to robić dla jakiegoś studia - byłabym w niebie.  Współtworzenie gry, która ta rozrywkę ludziom. Super sprawa.
Źródło: https://www.artstation.com/artwork/vZJ5Y

Proszę was tylko o jedno, następnym razem jak zobaczycie jakiś ładny art związany z waszą ulubioną grą, to zostawcie lajka. Artyści wkładają w każdą pracę część siebie, więc wy dajcie im w zamian chociaż to, bo to bardzo motywujące.

Na koniec, podsyłam pierwszy mój filmik wrzucony na youtube, o rysowaniu właśnie. 

czwartek, 14 lipca 2016

Pokemon GO – czyli powrót w wielkim stylu


Dzisiaj krótko, co prawda miałam na dzisiaj zaplanowany inny tekst, ale chciałam parę słów powiedzieć na temat nowych Pokemonów!

Dla wszystkich, którzy nie wiedzą o co chodzi. Pokemon GO, to gra w której Pokemony łapiemy w rzeczywistym świecie, a jedynego czego potrzebujemy to smartfon/tablet z GPSem i dostępem do internetu. Ewentualnie jeszcze przyda się powerbank, bo gra bardzo szybko rozładowuje urządzenia. Pomyśleć tylko, że kilkanaście lat temu zbieraliśmy Tazosy z czipsów. Teraz jedyne czego trzeba to aplikacja na telefon.

Gra, która wyciąga nas z domu!

Pokemony łapiemy na ulicy, w parku, wszędzie gdzie zabierze nas Google Maps. A po przełączeniu na kamerkę w telefonie zobaczymy trójwymiarowego Pokemona na tle rzeczywistego chodnika czy trawy. I rzucamy w niego pokebalem! Nie wiem, czy jako mała dziewczynka mogłabym wyśnić coś takiego, a jednak to się dzieje. Tu i teraz. Oczywiście, nie jest to jedyna gra takiego typu, ale pierwsza, która ma bardzo szerokie grono odbiorców – od dzieciaków po dorosłych ludzi. Może w Polsce nie zobaczycie ludzi masowo goniących Pokemony (chociaż, kto wie), ale w USA grają w to rzesze ludzi. O popularności tej gry możecie posłuchać więcej w tym filmiku (wstawiam go także w ramach przypisu do tego akapitu):





Gra zdobywa już fanów, powstaje na ich temat masa filmików na youtube, memy, kawały. Osobiście dowiedziałam się o niej może ze trzy dni temu. Dzisiaj zainstalowałam i... czuję się jak dziecko. Dawno nic nie dało mi takiej frajdy, jak łapanie pokemonów w drodze z dworca do domu.

Nie ma jeszcze oficjalnie Pokemon Go w sklepie Play dla Androida (dokładniej, nie dla Europy), ale można ją pobrać poprzez aplikację APKPure. Uważajcie na inne sposoby, linki z chomikuj itd., bo mogą być zawirusowane. Sposób który wam podaję jest najpewniejszy. APKPure posiada też stronę, z której bezpośrednio pobierzecie Pokemon GO, bez uprzedniej instalacji ich oprogramowania. Więcej możecie poczytać np. TUTAJ (tu po angielsku, dla reszty polecam niezawodne Google).

Rodzice nie będą narzekać, że siedzicie w domu, a wy możecie połączyć zabawę z czymś pożytecznym. Chociaż patrząc za okno, boję się, że ktoś źle ubrany, mógłby się nabawić zapalenia płuc... O ile gra nie przysłoni zdrowego rozsądku, to wszystko będzie dobrze. Nie wiem co strzeliło do głów grupce nastolatków szukających Pokemonów w... muzeum Oświęcimskim (jest wiele źródeł, jako przykład podaję ONET). Mogę dużo zrozumieć, ale takie zachowanie przekracza granice dobrego smaku. Niestety, zachowanie turystów w tym miejscu i tak pozostawia wiele do życzenia, szkoda, że  ten przypadek odbija się to negatywnie na samej grze(ta informacja była pierwszą, jaką usłyszałam z ust mojej mamy, po tym jak pochwaliłam się zainstalowaną grą... news bardzo szybko obskoczył media i serwisy informacyjne). 

Mimo wszystko, ta gra to pewna rewolucja w myśleniu o rozrywce i wirtualnej rzeczywistości. Tylko gdzie tutaj granica między tym "wirtualnym", a tym "rzeczywistym"? Pokemon GO to tylko jeden z przykładów, jak coraz częściej ingeruje się w otaczający nas świat dzięki technologii. Pełno jest sceptyków, ale ja jestem zachwycona. Możliwości są ogromne i mocno przewyższają łapanie Pokemonów na spacerze w parku. Nic, tylko czekać na to, co będzie dalej. Kto wie, może do gry w Paintball nie trzeba będzie ani specjalnych ubrań, ani pistoletów na kulki z farbą, a będzie to możliwe dzięki specjalnym okularom połączonych z aplikacją w telefonie? Teraz to abstrakcja, ale bieganie po mieście w poszukiwaniu Pokemonów kilka lat temu też nią było. Zmiany nie dotyczą tylko gier, ale też technologia coraz bardziej ułatwia nam życie i będzie robić to nadal. Drukarki 3D to nie tylko zabawki, ale też przyrządy medyczne, dzięki którym można drukować idealnie pasujące protezy. I tak dalej i tak dalej... Niech ten tekst będzie wstępem do dalszych rozmyślań o możliwościach dzisiejszej i tej przyszłej techniki. Temat jest obszerny i z pewnością do niego powrócę, bo jest niezwykle ciekawy. 

A teraz już kończę. No cóż, czas złapać je wszystkie :)  

środa, 8 czerwca 2016

Krótki poradnik: Jak nie dać się zwariować w internecie


Dzisiaj coś tylko pośrednio związanego z grami, ale także podczas meczy bardzo użyteczne.


Dostajesz białej gorączki? Przeklinasz coraz więcej, chociaż na co dzień tego nie robisz? Masz ochotę wyrzucić myszkę, klawiaturę, a najlepiej monitor przez okno? Płaczesz przy biurku, a wcale nie oglądasz łzawego demotywatora, a toczysz dyskusję z jakimś kretynem?
Jeśli nie, to chwała ci za to.
Oczywiście trochę ubarwiam te reakcje, ale wszystkie negatywne bodźce wpływają na nasze samopoczucie, na nasze poczucie wartości, na naszą motywację do działania. Internet jest bardzo stresogennym miejscem i trudno od tego uciec. Ale można starać się temu przeciwdziałać.
Nie żebym tak sobie teoretyzowała. Jeszcze kilka lat temu sama byłam wstanie chodzić po ścianach i płakać po kątach, ale udało mi się nad tym chociaż trochę zapanować. Notatka tworzona w pewnym sensie w celach terapeutycznych, może komuś się przyda. Zaczynamy!

#1 Nie napędzaj sam siebie

Najlepiej zacząć od siebie. Chociaż sama się na tym łapię, to staram się opanować własne emocje (o czym więcej w innej mojej notatce TUTAJ). Nie polepszysz ani swojej sytuacji, ani innych uczestników rozmowy/gry, jeśli będziesz się wściekać. Nie dość, że psujesz sobie jeszcze bardziej humor, to w przeciwniku może załączyć się agresor i będzie jeszcze gorzej. Ze zwykłej sprzeczki można zrobić wielką kłótnię, oczywiście to zasada nie tylko z internetu, ale też z codziennego życia. Jeśli nauczymy sami siebie kontrolować, to już pierwszy krok do tego, żeby mieć spokój z innymi.

#2 Nie napędzaj innych

90% moich gier rozgrywam z moim chłopakiem. Jeśli jedno z nas się wścieka, to drugie momentalnie też ma zły humor. Czasem lepiej ugryźć się w język i nie rzucać głupimi żarcikami, szczególnie jeśli osoba, z którą się teraz rozmawia wydaje się przygaszona. Słuchajcie innych, jeśli ktoś, kto zazwyczaj non stop coś mówi, dzisiaj nagle jest mniej wylewny, to znaczy, że lepiej go nie narażać na dodatkowy stres. Na facebooku, jeśli widzicie smutny post koleżanki o jej zdechłym psie, to też nie polecam śmieszkowania o kebabach. Jest coś takiego jak EMPATIA i jeśli nie chcemy napędzać wokoło siebie nieprzyjemnych sytuacji, dobrze ją mieć, albo przynajmniej udawać, że ją mamy.

#3 Musisz wiedzieć, kiedy odpuścić

Jest taki moment w dyskusji, w którym lepiej sobie odpuścić (a czasem nawet lepiej jej nie wszczynać). Często po prostu nie warto tracić nerwów. Naucz się odróżniać „trolli”, szukających atencji i śmiejących się z twoich zaangażowanych odpowiedzi, od ludzi, z którymi naprawdę warto rozmawiać. Wielu jest takich, którzy w internecie tylko czekają na łatwe ofiary i wciągają je w bezsensowne przepychanki. Najlepiej odpuścić – taka osoba nigdy nie chciała dyskutować, a jedynie szukała „rozrywki”. A nawet jeśli ktoś opowiada ci w miarę normalnie, ale w pewnym momencie zacina się jak zepsuta płyta i ma ciągle te same argumenty – też daj sobie spokój. Szkoda twojego czasu, to widocznie taka osoba, której nie przekonasz żadnym argumentem, nie dasz rady nawet stając na rzęsach. Możesz jej tylko pogratulować upartego stania przy swoim i odejść.

#4 Przyznawaj się do błędów

Chociaż to taka rada jak z poradników dobrego pożycia małżeńskiego, to polecam ją wszystkim. Nie ma człowieka, który by się w życiu nie pomylił. Ty też to zrobisz, milion razy. Najgorsze co można zrobić to uparcie trwać przy swoim. Nie dość, że się zdenerwujesz, to jeszcze wkurzysz wszystkich, którzy zwrócą ci uwagę. Nie wszyscy chcą cię upokorzyć! Jeśli ktoś ci napisze, że masz błąd ortograficzny w opisie strony, to go po prostu POPRAW i PODZIĘKUJ. Nie pluj się na tego biednego kogoś, że jest jakimś gramatycznym nazistą, że ma niespełnione polonistyczne zapędy, a po drugie sam pewnie lepiej nie pisze. A no, nie pisze, jak już mówiłam, każdy popełnia błędy, czy to z pośpiechu, czy z niewiedzy, ale do jasnej cholery... Czy to taki wielki problem coś poprawić? Powiedzieć, że się nie zauważyło, rzeczywiście, jest błąd, dzięki, poprawiam? A można by zaoszczędzić sobie tylu nerwów.

#5 Kontroluj przeglądane treści

Nie lubisz tego zespołu? Nie lubisz feministek? Nie leży ci ten klub piłkarski? Wkurza cie ten aktor? A ten kolega, to pisze takie głupoty, że patrzeć na to nie możesz?
TO PO CO TO OGLĄDASZ?!
Nigdy chyba tego nie zrozumiem. Internet jest takim fajnym miejscem i tym się różni od ulicy, że możesz sobie zablokować koleżanki, które za dużo mówią o feminizmie, nikt ci nie każe słuchać zespołów, których nie lubisz, ani obserwować profili przeciwnych drużyn sportowych. Bawi mnie ten internetowy masochizm, kiedy to sami robimy sobie krzywdę czytając takie rzeczy, które nas denerwują. A są i tacy, co potem piszą komentarze i wylewają żale... No na serio, co robi kibic Barcelony na fanpage Realu, kiedy jedyne co potrafi napisać to „Jebać Real hehehe” lub odwrotnie. Ludzie, którzy za ulubioną zabawę wybierają wywoływanie modnego ostatnio „bólu dupy” i potem sami go doświadczają.
Blokuj, nie wchodź, nie czytaj. Żyj spokojnie. To takie proste.

#6 Nie bierz wszystkiego na poważnie

Ktoś nazwał cię grubą feministką, której i tak „nikt nie wyrucha” albo twierdzi, że się wymądrzasz, a zresztą, to pewnie masz małego i leczysz w komentarzach kompleksy? Spokojnie, połowa z tych obelg to wytarty frazes w słowniku takiego osobnika i nie ty pierwszy to słyszysz. Zresztą połowa z nich jest fabrykowana w ogóle bez spojrzenia chociażby na twoje zdjęcie czy profil. Po prostu taki odruch obronny gburów i osób myślących, że to śmieszne. Bardziej wyrafinowane będą już polegały na uderzeniu w twoje domniemane słabości, ale temu też nie warto wierzyć. Było już kilka historii o samobójstwach z takich powodów, już nie wspominam o anorektyczkach, które się naczytały pod swoimi zdjęciami „śmiesznych” komentarzy o tym, że są świniami i lepiej, żeby nie wychodziły z domu.
„Anonimowość”, którą – dość złudnie – niektórzy odczuwają w internecie, pozwala im na wylewanie żali i wpędzanie innych w kompleksy. A zazwyczaj sami nie są ich pozbawieni, ale wydaje im się, że jak popiszą trochę jadowitych komentarzy w necie, to będą się czuli lepiej. Nie ma co się przejmować. Serio. Najlepiej polegaj na zdaniu najbliższych ci osób – przyjaciół, chłopaka/dziewczyny, rodziny. A przede wszystkim NA SWOIM. I przy tym zostań, nawet jeśli dla kogoś masz za dużo kilogramów, ale dla siebie wyglądasz spoko, to po co się przejmować? Akceptacja siebie to dobry krok w stronę bezstresowego życia w ogóle, nie tylko w internecie, bo mało co może cie zdołować, a reszta tylko cie zmotywuje do dalszej pracy nad sobą. Uszczęśliwiaj siebie, a nie wszystkich wokoło.
Dobra koniec tego Paulo Coelho.

#7 Nie prowokuj

Czasem sami narażamy się na stres. Warto czasem pomyśleć, zanim coś się opublikuje w internecie. Szczególnie, jeśli nie jest się gotowym na możliwe późniejsze konsekwencje swojego działania. Znałam dziewczynę, której zdjęcia wrzucane na Facebooka pozostawiały wiele do życzenia, głównie jeśli mowa o pokazywanie swoich atutów. Prościej mówiąc, za dużo było cycków, za mało całej reszty. No właśnie „znałam”, bo kiedy kilka osób raczyło jej delikatnie zwrócić uwagę, że powinna się szanować, zdarzyło mi się kliknąć „lubię to”. A przez to zostałam wyrzucona ze znajomych i przeklęta na wieki wieków, amen. Ogólnie rozumiem – jej piersi, jej problem. Ale nie pojmuję świętego oburzenia i rzucania do mojej koleżanki tekstów typu: „Przynajmniej ja mam co pokazać, nie to, co niektórzy”. Uważam, że sama była sobie winna, ale zamiast powiedzieć „Dobra, ale mi to pasuje, więc w sumie o co chodzi”, zaczęła atakować drugą stronę. Na pewno się zdenerwowała, no i po co?

#8 Nie angażuj się za bardzo

Nie warto za bardzo żyć internetem, bo w końcu za bardzo nas wciągnie. Jeśli warto się w coś angażować, to w swoje pasje. Ale nie w bezsensowne spory, nie w fora, które za rok upadną, nie w znajomości z ludźmi, którzy za kilka miesięcy mogą nie pamiętać nawet jak masz na imię. Jasne, jestem żywym przykładem, że można poprzez gry znaleźć chłopaka, ale kurcze, nie każdy twój „kumpel od grania” będzie z tobą do końca twojego życia. Zresztą przypomnij sobie swoich „przyjaciół na zawsze” z podstawówki. Brzmi znajomo? Ilu z nich jeszcze mówi ci cześć na ulicy? No właśnie.
Czemu to się nie uda? Po pierwsze, jeśli dzieli was za dużo kilometrów, to mało możliwe, że się kiedykolwiek spotkacie. Bądźmy szczerzy, mało kto pędzi przez pół Polski, żeby zobaczyć się z kimś z internetu, a już szczególnie, jeśli nie liczy „na coś więcej”. Gdyby mój teraz-już-facet, nie przeprowadził się bliżej mnie, to nic by z tego nie było. Serio. Po drugie, możecie znać kogoś od kilku lat z czatu, a później spotkacie się na „kawusi” i o takim człowieku zmienić zdanie już przy przywitaniu. Bywają ludzie nie do wytrzymania na żywo, a ogólnie żeby tylko się nie okazało, że to zdjęcie było „30 kilo temu”.
Dlatego nie warto się denerwować, że ktoś tam cie zablokował, przestał z tobą grać, a w ogóle, to został adminem i już nie ma dla ciebie czasu. Już kiedyś pisałam o tym, że w internecie równie łatwo zawiera się znajomości jak się je później traci i rozpamiętywanie ich miesiącami nic nie zmieni. Nie zawsze opłaca się dawanie z siebie 100%, szczególnie za darmo, chociaż to brzmi okrutnie, ale często to, co robisz za free i w wolnym czasie, może nie być docenione. Nawet jeśli sprawia ci to frajdę, ale słowa krytyki mogą bardzo zaboleć. Czasem po prostu nie warto.


A ogólnie to:


A sami myślcie dużo, bo głównie od tego zależy wasze samopoczucie. Nie walczcie z idiotami, traktujcie internet z przymrużeniem oka, a na pewno nie dostaniecie depresji i pokoju bez klamek. Nie dajcie się zwariować.

Powodzenia w internecie!

piątek, 3 czerwca 2016

Typy anty-graczy #1

Zapraszam wszystkich do pierwszej (ale nie ostatniej) serii na moim blogu.

W każdym poście znajdzie się pięć typów ludzi, z którymi nie chcieliście się stykać w grach online, ale... musicie. Nie przedłużając, pierwsza piątka!

#1 Cziter

Jak wiadomo, granie czysto często niektórych przerasta. Czity ułatwiają rozgrywkę, przyśpieszają zdobywanie rangi i przybliżają używającego do permabana... Po co to wszystko? Nie do końca to rozumiem, bo radość z gry żadna, jak widzisz przeciwników przez ściany albo zawsze trafiasz prosto w głowę. Przecież to nie o to chodzi. Chyba, że radość czerpie się wtedy z wkurzania przeciwników. Bo nic tak nie denerwuje jak przegrana z kimś, kto oszukuje. Producenci gier próbują sobie radzić z tym problemem, ale jak im to wychodzi to temat na kilka innych artykułów. Sama kiedyś byłam osobą „od łapania czitów” na serwerach CS 1.6. Niestety, to plaga nie do opanowania.

#2 „Wyłudzaczki” w MMORPG

Tak jak sama gram w różne gry, tak nie rozumiem wykorzystywania tego faktu w trakcie rozgrywki. No super, że jesteś dziewczyną i grasz. Ale po cholerę prosisz się o itemy/kasę/pomoc itd. Co innego grać drużynowo, a co innego liczyć na to, że dzięki faktowi posiadania takiej, a nie innej płci wszyscy będą grać za ciebie, a ty tylko będziesz się wybijać na ich plecach. Osobną sprawą są faceci udający kobiety, żeby robić dokładnie to samo. W sumie nie wiem co jest bardziej żałosne. Obie odmiany niezwykle denerwujące.
A potem nikt nie chce grać z dziewczynami, bo „na pewno jesteś facetem” albo „nie będę za ciebie odwalał całej roboty”...



#3 Bachory

Specjalnie nie używam słowa „dzieci”, bo bywają normalne osobniki, które sobie grają i nie przeszkadzają. Ale znajdzie się kilku takich, którzy powyzywają cię przez mikrofon. A potem jeszcze na czacie. Ewentualnie oba na raz. Już mi nie chodzi o brak umiejętności, bo kurcze, każdy kiedyś zaczynał. Ale kiedy ja próbuje wbijać ranking, staram się, gram na 100%, a taki dzieciak ciągnie całą drużynę w dół, bo po prostu nie rozumie, na czym to wszystko polega, to mi wszystko opada... Druga sprawa jest taka, że rodzice zupełnie nie kontrolują swojego potomstwa. Poczynając od samych tytułów gier, po ich zachowanie w trakcie rozgrywki. A zwracanie uwagi przynosi, niestety, odwrotny skutek.


Zdjęcie z serwisu: http://www.repostuj.pl/

#4 Ruscy

Nie żebym nie lubiła ludzi z Rosji. Nie żebym miała jakieś uprzedzenia... No dobra, mam. Jak słyszę ten charakterystyczny akcent w słuchawkach, to już wiem, że będzie ciężko. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy RAZ grałam z kimś z Rosji, kto był normalny. Raz. Nie wiem, czy to jakieś fatum czy po prostu ich styl bycia. Są oni głośni, mówią dużo i niezrozumiale (a starają się używać anielskiego), krzyczą na ciebie za głupoty, biegają po mapie bez żadnego celu, nie chcą grać drużynowo, ale za to ty masz ich zawsze słuchać i robić wszystko tak, jak oni chcą. Nie wiem jak w innych grach, ale we wszystkich strzelankach są zmorą serwerów. I chociaż mają czasem całkiem dobre umiejętności, to odrzucają swoim zachowaniem i nie da się z nimi grać. Szkoda nerwów.

#5 „Streamerzy”

Mają link do swojego kanału zamiast nicku. O tym, że właśnie prowadzą transmisję na żywo i wszyscy widzieli, jak świetnie cie załatwił, pisze kilka razy w czasie meczu. A na koniec prosi cie o polubienie kanału, youtuba, instagrama, facebooka... No i zaglądasz na ten jego stream i się nagle okazje, że gość ma pięciu oglądających. W tym on sam i kilku jego kumpli, którzy grają właśnie razem z nim. Nie chodzi mi tutaj o próbę rozreklamowania, bo każdy orze jak może, trzeba się wybić. Ale po co gadać o tym non stop, jakby się było gwiazdą internetu? A jeszcze trafisz na takiego, który gra z tobą i zamiast się skupić, ciągle spogląda na czat. Bo może ktoś mu zadał jakieś WAŻNE pytanie i przecież ZARAZ TERAZ trzeba na nie odpowiedzieć, bo inaczej widz się obrazi i z pięciu zrobi się czterech oglądających. Denerwuje mnie w takich osobach to natręctwo, to pozowanie na takiego „nie wiadomo kogo”. Dopiero zaczynają, a za grosz w nich pokory. A jeszcze jak przegrywają, to dopiero afera! Przecież teraz wszyscy jego widzowie to widzą...


Macie jakieś swoje typy? Podzielcie się komentarzu.

I wbijacie na facebooka: https://www.facebook.com/miedzyrundami/
I na instagram: https://www.instagram.com/lama_starosta/
I na youtube... a nie, nie mam konta na youtube. Znaczy się mam, ale takie do użytku prywatnego.   
I na twitch: https://www.twitch.tv/krolowa_lam/profile Chociaż i tak nigdy nie zobaczycie tam mojej transmisji. Ale wbić możecie. Tylko po co.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Po co grać w gry komputerowe?

Lubię grać. Nie każdy to rozumie. Dla niektórych to dziwny, a nawet „gorszy” sposób spędzania wolnego czasu. Czekam na dzień, w którym w dobrym guście będzie znajomość pewnego kanonu gier. Tak jak teraz jest np. z literaturą czy filmem. Żeby każdy przynajmniej wiedział mniej więcej o co chodzi w takiej a takiej grze. I chociaż to spojrzenie w przyszłość (możliwe, że bardzo daleką), to wierzę, że to się wydarzy.
Ale zostawmy teraz gdybania, bo nie o tym dzisiaj. Postanowiłam zastanowić się, dlaczego w ogóle warto zaczynać. Co w tym wszystkim jest takiego, że przyciąga. Nie tylko mnie, ale rzesze innych ludzi. Nie tylko młodych ludzi.
Nie przeciągając, przejdę do rzeczy.

Sześć powodów, dla których (według mnie) warto spędzać czas przy grach komputerowych:

Relaks

Ludzie są różni. Tak samo jak gry. Gatunków jest masa, przebierać można bez końca. Zaczynając od tych online lub offline, płatnych lub darmowych, multiplayer lub singleplayer do różnicy w gatunkach, sposobie rozgrywki... Kryminały? Proszę bardzo. Horrory? Też się znajdą. Strzelanki, symulatory, przygodówki, gry zręcznościowe... Dla fanów sportów, dla fanów wciągającej fabuły, dla fanów bezmyślnej rąbanki. I przy każdej można się zrelaksować. Odpocząć od natłoku codziennych obowiązków. Stworzyć w Simsach swojego szefa i utopić go w basenie... Bo czemu nie? Możecie hodować marchew albo zbijać cukierki na Facebooku. O ile wpływa to dobrze na twoje samopoczucie – to świetnie. Możliwości jest mnóstwo, zależnie od upodobań, charakteru, nastroju...

Współzawodnictwo

W życiu trzeba walczyć o wszystko – o miejsce w autobusie, o kolejkę w Biedronce, o podwyżkę, o zaliczenie przedmiotu... Mniejszym lub większym wysiłkiem. Nie każdy lubi współzawodnictwo – dla tych lepiej nadają się gry w trybie singleplayer. Ale jeśli lubimy wygrywać, uwielbiamy te skoki adrenaliny, to gry komputerowe łatwo mogą nam tego dostarczyć. O tym, że emocje na zawodach e-sportowych są podobne do tych na np. turniejach piłkarskich już pisałam. Wszystko, co prawda, odbywa się przed ekranem, ale kto powiedział, że sportowe współzawodnictwo (to zdrowe) musi odbywać się twarzą w twarz. Czy brak kontaktu fizycznego, czy to, że nie widzimy przeciwnika jako żywej osoby, musi być wadą? Niektórym na pewno łatwiej będzie opanować emocje. To już plus. Przelejmy krew wirtualną. Za to nie ma problemów prawnych.


Nowe znajomości

Prawie każda gra posiada swoje strony fanowskie. Jeśli tylko chcemy do takiej dołączyć i mamy dobre zamiary – przyjmą nas z otwartymi ramionami. Pierwszy temat już jest, w końcu gramy w ten sam tytuł. Później rozmowy jakoś się toczą. Możliwe, że wspólnego ma się z tymi ludźmi więcej. W takich środowiskach najwięcej warta jest nasza osobowość. Jest to jakieś rozwiązanie dla osób nieśmiałych. Spróbować. Pogadać. Nie mówię, że będą to znajomości na całe życie, przyjaciele do grobowej deski. Taką znajomość łatwiej zerwać. Co ma swoje plusy i minusy. Na dużą korzyść przemawia to, że jeśli dana osoba bardzo nam nie pasuje, nie odpowiada nam jej sposób bycia, wystarczy ją zablokować. Jednak ostrożna byłabym też z przechodzeniem takich znajomości na grunt prywatny. Zawsze trzeba uważać, o tym chyba nikogo uświadamiać nie muszę. Ale o ile gramy tylko razem i nie podajemy o sobie zbyt dokładnych informacji – czemu nie. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że gra w takim towarzystwie internetowym jest o wiele przyjemniejsza. Sprzyja to komunikacji, łatwiej wygrywać, a to wszystko sprowadza się do punktu wyżej i poniekąd do tego niżej.

Praca w grupie

Jesteś najmądrzejszy na świecie i wszystko robisz najlepiej? Nikogo nie słuchasz, bo i tak sam sobie poradzisz i nikogo nie potrzebujesz? No cóż, są gry, w które nie zagrasz, bo na zwycięstwo pracuje się w nich grupowo i sam nic nie zdziałasz. A to głównie od ciebie i atmosfery jaką wprowadzasz zależy, czy wygracie. Czasem nawet najlepsze umiejętności przegrywają z nerwową atmosferą, błędy popełniane są ze złości, przegrana w takich warunkach to tylko kwestia czasu. Znam gry, które dość skutecznie leczą z kompleksu wyższości. A jeśli po prostu lubimy pracować grupowo, wolimy, kiedy ktoś przewodzi, a my tylko wykonujemy swoje zdania – będziemy czuć się świetnie. Ćwiczenie swoich własnych umiejętności to jedno, ale nauka gry zespołowej, pomagania sobie, trzymania się swojej pozycji/roli to drugie. W drużynie każdy ma swoje zadanie i jeśli wykona je dobrze, odczuje dużą satysfakcję. Gwarantuję.

Emocje

Nie tylko adrenalina. Nie tylko satysfakcja. Nie tylko relaks. Odprężenie. Są gry wywołujące uśmiech na twarzy. Albo takie, które wyciskają łzy. Takie po których w nocy strach iść do łazienki . Porównałabym to do czytania książek lub oglądania filmów. Z jedną różnicą – my kierujemy grą. Tempo rozgrywki, ruchy postaci, często wiele alternatywnych wyborów – w dużej mierze to od nas zależy jak „przeżyjemy” dany tytuł. Szczególnie, że wiele gier proponuje kilka lub kilkanaście sposobów rozegrania historii. I nie wszystkie sprowadzają się do zabijania potworków czy strzelania do przeciwników. Fabuła w nich jest równie ważna, a może nawet najważniejsza. Wszystko można przeżywać na równi z głównym bohaterem. W sumie, to MY nim jesteśmy, a jednocześnie pozostajemy jakby na zewnątrz, mamy pewien dystans. Ten paradoks pozwala na godziny wciągającej przygody. A komu chociaż raz nie zrobiło się smutno pod koniec gry, niech pierwszy rzuci myszką.

Radość dla oka i ucha

Są tytuły, na które miło się patrzy. Są po prostu świetnie zrobione, a grafika przyprawia o ciarki na plecach. Dopracowane detale, rozbudowany świat, przyjemne dla oka filmiki, których nie chce się przewijać, a z miłą chęcią się je ogląda. Jeśli dodamy do tego odpowiednio dobraną muzykę, dobry dubbing i zbalansowane dźwięki z tła – nic tylko grać. Przyglądać się budynkom, krążyć w ciekawych miejscach, przyglądać się odbiciom w wodzie... I cieszyć się tą ucztą.

Powodów może być więcej. Dla mnie najważniejszych jest tych sześć. Wszystkie one sprawiają, że spędzam godziny przed ekranem. Lubię współzawodnictwo. Ale czasem wolę się rozmarzyć i „pobiegać” po jakimś dobrze stworzonym świecie. Czasem lepiej mi się główkuje w jakimś symulatorze. A czasem po prostu mam ochotę pozbijać cukierki na facebooku. I nie ważne, co wybieram w tym momencie – zawsze wiem, że warto. A czas nie jest stracony. Każdy znajdzie coś dla siebie. Różnorodność wręcz przeraża. Jeśli nie chcecie nic pobierać, instalować, wiele jest gier w przeglądarkach. Rzeczy na chwilowe zajęcie i gry wymagające godzin trenowania. Takie do przejścia raz i takie do których powraca się często.
Może i ty poszukaj, a znajdziesz coś ciekawego?
Gry to przygoda. Może siedzisz w domu na tyłku, ale to nadal przygoda. Spróbuj, a się nie zawiedziesz.  

wtorek, 22 marca 2016

Opanuj emocje

Charakter. Każdy jakiś ma. Są ludzie wybuchowi, których rozpoznasz od razu, kiedy wykłócają się o coś w sklepie. Są ci spokojni, cisi, przymykający gdzieś bokiem, nielubiący przebywać w tłumie. Gwiazdy, otoczone gromadką słuchaczy, z głosem pewnym i donośnym. Chichotliwe kobiety, które wybuchają śmiechem co drugie słowo. I wielu innych, znacie wszystkie te typy. Mijacie ich na chodniku, spotykacie w urzędzie, w szkole, robiąc zakupy czy wracając autobusem ze szkoły. A potem te rzesze ludzi wracają do domów i jakiś procent z nich zasiada przed monitorem. Spotykacie się znowu, ale tym razem w internecie.
Tylko, że to już nie są ci sami ludzie.
Nigdy nie zrozumiem tego, co dzieje się z niektórymi po odpaleniu komputera. Gdzieś tam wychodzi z nich wszystko to, co siedzi głęboko w głowie, a czego w życiu „realnym” pokazać nie potrafią i zachowują się jak ostatnie chamy. To nie tylko problem gier, w których rozgrywka odbywa się przez internet. Widzę to wszędzie, na forach, w komentarzach pod artykułami, na facebooku. Bariera „kabla” dodaje wielu osobom animuszu, a poczucie anonimowości (dość złudne) powoduje, że pozwalają sobie na wszystko. Często na zbyt wiele. Podbudowują swoje ego, wylewając pomyje na kogoś po drugiej stronie monitora. Wyładowują złość na losowych osobach, których nie znają, których prawdopodobnie nigdy na własne oczy nie zobaczą.
Bo w internecie można być każdym. Tylko dlaczego nikt nie chce być po prostu sobą? Agresja w życiu codziennym jest czymś piętnowanym. Nie ma akceptacji dla przemocy, wiele kampanii społecznych pojawia się np. w telewizji. Wiemy o tym wszyscy. A jednak, kiedy coś się dzieje, to odwracamy wzrok. Ciągle mówi się w mediach, że nikt nie reaguje, że znieczulica, że człowiek na ulicy się wykrwawił, bo nikt nie podszedł, nie pomógł... Chyba każdy kiedyś usłyszał, że lepiej wołać „pali się” a nie „pomocy”. A to dlatego, że prędzej ktoś wyjrzy z okna, bo ogień jest dość widowiskowy i to zawsze „coś ciekawego”, co można później opowiedzieć. Żeby pomóc drugiej osobie nikt się nie śpieszy. No cóż, to dość smutne i w sumie powszechne. A co z przemocą w internecie? Np. ostatnio dość modny profil jest na facebooku Hejtstop– nie chcę tutaj wchodzić w politykę, więc go oceniać nie mam zamiaru. Tylko pokazuję, że jest. Bo problem też jest. I to większy niż się niektórym wydaje. Ten tekst tez powstaje gdzieś na fali tego co teraz się dzieje w internecie w sprawie imigrantów, zamachów, partii politycznych itd. Ale nie tylko, bo problem coraz bardziej zaczyna dotyczyć społeczności fanowskich, zrzeszających graczy. Smutne, że to co miało dawać radość, zaczyna budzić w ludziach niepohamowaną agresję.
Ciągle mi się wydaje,że jakoś w internecie mniej się widzi ten problem. Dajemy sobie otwarcie pluć w twarz, bo ta osoba jest gdzieś daleko, bo ciężko taką osobę znaleźć, bo nic jej nie można zrobić. Bo tutaj wszystko zaczyna się od nas samych, od tego, czy sami reagujemy. A w internecie, jak w życiu codziennym, wolimy wyjść z serwera, wyłączyć dyskusję i odwrócić wzrok. Wkurzać się wewnętrznie, ale nie zrobić nic. Bo wydaje się, że słowa nie pomogą. A więcej nie możemy zrobić, albo przynajmniej tak się nam wydaje. Pamiętam jak za czasów świetności CS'a 1.6 bywałam adminem na serwerach. I banowałam bez skrupułów. Wyrzucałam z serwera każdego, kto obrażał innych, kto nie potrafił się zachować, kto nie dawał innym się zrelaksować przy rozgrywce. Nie zliczę ile razy zostałam zwyzywana za swoją ciętość, za brak wyrozumiałości… Do teraz nie wiem, jak na to akurat można być wyrozumiałym. Rozumiem, że można mieć gorszy dzień, ale bez przesady. Było warto. Mogłam pokazać tym krzykaczom, że w internecie nie można sobie pozwalać na wszystko. Że nie można człowieka zmieszać z błotem tylko dlatego, że „nic” nie można mu zrobić, bo dzielą was dziesiątki kilometrów. Mogłam chociaż tyle (a może aż tyle). Wywalić i kazać nie wracać. A bywałam mściwa i pamiętliwa. Skoro im wolno było być chamami, to mi wolno było być wredną. A co.
Ostatnio powraca jak bumerang temat „dram” na youtube. Związany jak zwykle z obrzucaniem siebie błotem, sprowadzający się do przepychanek słownych. Nie chcę nikogo oceniać, stawać po żadnej ze stron. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do tego filmiku:

Wydaje mi się, że temat jest wyczerpany, bo mam podobne zdanie do autora (które gdzieś tam pod dość... dziwną formą przekazu jest). Nie chciałabym się tutaj rozpisywać, bo wiele innych tekstów odnoszących się do dram krąży po internecie. Martwi mnie tylko to, o czym wspominałam już wcześniej i o czym też mówi właściciel kanału. Że znani i lubiani wylewają publicznie swoje żale, zarażając nimi swoich fanów. A to już nie jest fajne. Każdy, kto był na jakimkolwiek evencie wie jaki wpływ na młodych mają tacy „internetowi idole”. Kończy się to często zwyzywaniem innych znanych. Masowym. A jak zdążyłam zauważyć, dzieciaki na najwięcej sobie pozwalają. Nieustannie mnie zadziwia jakim językiem potrafią się posługiwać. I to te mające po dziesięć, jedenaście, dwanaście lat. Przerażają mnie te głosiki przed lub w trakcie mutacji, które potrafią każdego zwyzywać od najgorszych. Często za nic. Najczęściej dlatego, że lepiej grasz. Bo dla nich jesteś kimś tam z drugiej strony, kogo nie znają i mogą mu powiedzieć cokolwiek. Gdzieś tam z boku zostawiam problem tego, co z rodzicami tych młodych i czy wiedzą co ich dzieci robią w internecie. Bo to dość obszerny temat, którego teraz nie będę dotykać. Tylko go sygnalizuję.
Z drugiej strony barykady są ci, co już powinni mieć chociaż trochę oleju w głowie. Często rodzice, z pracą, własnym życiem. Plujący jadem na lewo i prawo. Ludzie, którzy bez przekleństwa nie potrafią złożyć zdania. Wszystko wiedzą lepiej od ciebie i chętnie ci to powiedzą. Wulgarnie i dość dosadnie, żebyś zapamiętał do końca życia. Wszystko załatwią krzykiem, a jak nie, to chętnie się z tobą spotkają „w realu”. Wtedy to dopiero sobie pogadacie. Łatwo mówić coś takiego, skoro się wie, że nikt normalny nie poda swoich danych w grze. Bo też nie warto sobie robić problemów. I to nie tak, że sobie teraz teoretyzuję. Po prostu znałam takich internetowych bohaterów, którzy to w życiu codziennym nie potrafili obronić własnej kobiety przed wyzywającymi ją chłopaczkami, ale w grze to co innego. Tam byli prawdziwym panami życia i śmierci, co by każdego „załatwili”. I nie bez powodu używam czasu przeszłego. Żyją sobie gdzieś tam daleko, po drugiej stronie kabla, z tym poczuciem własnej wyższości. Szkoda na nich tracić czas – oni się nie zmienią, a jeszcze może się udzielić nerwowa atmosfera. I po co?
Jest to jakiś rak, zżerający od środka wszystkie środowiska internetowe, także te gamingowe. Wszystko to przestaje w pewnym momencie cieszyć, a zaczyna denerwować. Bo trafi się zawsze chociaż jeden taki, który przyjdzie się wyżyć, w tym złym znaczeniu tego słowa. Bo można to zrobić dobrze, całą swoją złość włożyć w skupienie się na grze. A kiedy zacznie wychodzić, człowiek zaczyna się czuć lepiej. I o to chodzi. A nie o to, żeby wyzywać, żeby psuć specjalnie innym grę, robić na złość. Każdy ma czasem gorszy humor. Albo po prostu nie idzie, nie potrafisz się skupić, ciągle umierasz pierwszy. To zawsze denerwuje. Wtedy najlepiej wyjść, nie zaczynać kolejnej rozgrywki. Można wyłączyć mikrofon i nic nie mówić. Nic nie pisać. Skupić się na sobie i na swojej grze. Brać głębokie wdechy. Nie zrzucać winy na wszystkich. Wiem, łatwo się to mówi, trudniej zrobić. Znam to z własnego doświadczenia. Jestem tylko człowiekiem, a do tego jednym z tych bardziej nerwowych.
Jednak warto się nauczyć samokontroli, poszukać swojego sposobu na wyciszenie. Bo nie można być chamem. Grajmy po to, żeby się tym cieszyć, a nie po to, żeby zatruwać innym życie. Jeśli nie umiesz grać w zespole, a co najgorsze, nawet nie próbujesz tego robić – odpal grę w trybie dla jednego gracza. Nie masz ochoty słuchać jak ktoś cie wyzywa po rosyjsku – wycisz go, większość gier posiada taką opcję. Nie nakręcaj się, lepiej się odciąć od takiej osoby. Szczególnie, jeśli zwrócić mu uwagę raz, czy dwa i nie pomaga. Nie przejmuj się za bardzo tym, co o tobie mówią. Jak wspominałam wcześniej, to są słowa bez pokrycia, tacy internetowi krzykacze niewiele więcej poza wyzywaniem mogą. Napsują ci krwi i tyle z tego. Często trudno nie brać do siebie tego co mówią. Dlatego najlepiej nie dawać powodów. Jeśli jestem miła dla każdego, a nawet to nie pomaga? Nic więcej w sumie nie mogę, ale ważne, że sobie nie mam nic do zarzucenia. Odpalam następną grę i mam nadzieję, że tym razem spotkam kogoś normalnego. Kogoś z kim nawet przegrywa się z przyjemnością. Nauczyłam się tego dość niedawno. I na koniec – każdemu graczowi tego życzę. Bo najważniejsze to zacząć od siebie, nie być toksycznym, a potem dopiero można mówić o innych. I zwracajmy uwagę. A jeśli gra posiada taką możliwość, zgłaszajmy pieniaczy. Niech dostają bany. Jedyna nauczka, jaką w internecie mogą dostać. Zakup nowego konta to zawsze jakiś tam koszt. Nie mówię już o czasie, jaki tracą przez takiego bana. Może dzięki temu powściągną następnym razem język.  

środa, 16 marca 2016

Po co i dlaczego



E-sport (lub jak ktoś woli e-gaming) stale się rozrasta. Urodziłam się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy sam przemysł komputerowy wchodził w swój rozkwit. Eskalowało to szybko i miało wpływ na otaczający nas świat w takim stopniu, że ciężko teraz sobie wyobrazić życie bez dostępu do internetu, telefonów komórkowych, prac pisanych na komputerze, facebooka, portali informacyjnych itd. Szybkość z jaką teraz porozumiewamy się między sobą jest niesamowita. Nie tylko w prywatnej korespondencji (dzięki e-mailom, smsom, Skype... długo by wymieniać). Wszystko, co teraz dzieje się na świecie, można powiedzieć „dzieje się na naszych oczach”, niemalże na żywo. Postępująca globalizacja zmieniła wszystko. Za czasów mojej kariery w podstawówce, komputer miało co drugie dziecko, dostęp do internetu może co czwarte. Teraz ciężko, żeby tego komputera w ogóle nie było. Jak nie ma, jest tablet czy telefon. Internet chociażby z sieci komórkowej. Dostępny łatwo, praktycznie od ręki. Coraz szybszy, posyłany do domów światłowodami lub w technologii LTE.
Jestem z tego pokolenia, które te nowinki łapało i starało się „być na topie”. Pierwsze z tych, co traciło czas przy komputerze. Gry miały dawać godziny rozrywki. Grafika była „kanciasta”, muzyka często denerwująca, ale przecież nie o to chodziło. Wtedy to wszystko zachwycało „bo było” i dawało frajdę. Nikt wtedy nie myślał, że na graniu będzie można zarabiać, a turnieje e-gaminowe zbiorą publiczność liczoną w milionach ludzi. Że w Katowicach będzie odbywała się impreza, na którą zjadą ludzie z całego świata. A na wejście trzeba będzie czekać w kolejce. Przez cztery godziny. Jeśli miało się szczęście. Jeśli nie to dłużej. Że na finałach Counter-Strike ludzie będą siedzieć na schodach, stać gdzie tylko się da i krzyczeć, ekscytować się, kibicować „swojej” drużynie (przeżyłam i stanie w kolejce i finały – polecam, niezapomniane uczucie). Że za koszulkę drużyny League of Legends zapłacimy podobnie, jak za koszulkę Realu Madryt. W sumie, to pewnie nikt nie wpadł na to, że (poza samymi graczami) ktoś będzie chciał je w ogóle nosić. Że narośnie wokoło tego taka społeczność fanowska, napędzająca prawdziwy biznes, jakim teraz stał się e-sport.
Zresztą tak jest z wszystkim, co przeżywa taki nieprzewidziany rozkwit – mógłby powiedzieć ktoś bardziej czepliwy. Jednak to wszystko dzieje się tu i teraz, na moich i na waszych oczach. Mam w tym wszystkim swój jakiś tam udział, śledzę to i dlatego o tym teraz piszę. W pewien sposób mnie to dotyka osobiście. Grałam od kiedy pamiętam. Po części dzięki starszemu rodzeństwu. Mojemu bratu patrzałam przez plecy jak strzelał. To on dał mi na urodziny moją pierwszą grę „dla chłopców” - Call of Duty. I czy czuję się przez to wyjątkowa? A skąd. Wybór gier to jedynie preferencje, a że dziewczyn grających w podobne gry jest mniej? Nic na to nie poradzę. Nie zamierzam się wywyższać z powodu tego, że kiedy moje koleżanki topiły ludzików w Simsach, to ja zabijałam „ruskich”, czy strzelałam w czołgi z RPG. Też grałam w The Sims. Jednak nie ukrywajmy – w tym e-gaimingu, jaki teraz się wytworzył i o jakim chciałabym pisać, chodzi raczej o te gry w których właśnie się „zabija”, „strzela” itd. Dużo teraz upraszczania w moich tezach, ale po prostu chodzi – jak w każdym sporcie – o współzawodnictwo. Większość gier, uważanych za typowo „dziewczęce” tego nie posiada. A bez tego ciężko o odpowiednią atmosferę, która towarzyszy każdemu turniejowi. Człowiek tak ma – lubi wygrywać sam, a jeśli nie może, to lubi jak wygrywa drużyna, której kibicuje, jak zawodnik, którego tak bardzo podziwia, dobrze sobie radzi itd. Przyzna mi rację każdy, kto ma w znajomych fana piłki nożnej.
Nie czuję się lepsza, ani tym bardziej gorsza. Nie o tym ma być ten blog, nie o tym chce pisać. Chociaż problem ten na pewno kiedyś wróci, bo jest to (niestety) nieuniknione. Ale nie teraz. W tym pierwszym poście, chce tylko zaznaczyć, w jaki sposób ja patrzę na e-sport, skąd to moje zainteresowanie i po co to wszystko. No właśnie po co? Chciałam bardzo połączyć swoje dwie pasje – granie i pisanie. Przelać na papier to wszystko, co chodzi mi po głowie. W pewien sposób podzielić się moimi przemyśleniami. Czy są wyjątkowe? Nie sądzę, są po prostu Moje. Osobiste. Rozumiem przez to, że kształtuje je wszystko to, co składa się na moją osobowość. Moje przeżycia, ludzie, których spotkałam, moje wybory życiowe, książki po jakie sięgałam, zajęcia na jakie chodziłam, w co grałam, a także ważna, chociaż nie najważniejsza, moja płeć – wszystko to odbije się w moich tekstach. Możecie to zaakceptować, możecie ze mną polemizować. Chętnie wdam się w dyskusję. Nie bez powodu pisze felietony, a nie artykuły czy notatki. Chcę oddać swoje Ja w tym wszystkim. Zrobić coś dla siebie. Nauczyć się czegoś nowego. A przy tym nie zatracić siebie.
Nie powiem, że się na tym znam. Że jestem ekspertem, naukowcem. Graczem do szpiku kości, co to zna każdą nazwę broni/itemu i do czego służy, ile ma naboi. Ani tym bardziej, nie jestem pro-graczem, który to rozwala wszystkich na łopatki i klękajcie przede mną narody. To tym bardziej nie. To po prostu część mojego życia i jak to zwykle bywa, mam na temat e-sportu swoje przemyślenia, poglądy i chciałabym się nimi dzielić. Mam tez nadzieję, że udowodnię coś sama sobie. A dopiero na końcu wszystkim tym, co mówili, że się nie uda. Nie chcę się ograniczać do samego e-sportu. Chciałabym poruszać tematy nawet luźno związane, dotyczące chociażby sprzętu, informatyki, mediów społecznościowych itd. Całej tej otoczki, bez której tego bloga by nie było. Dużo bym chciała pisać o ludziach, bo chociaż nie jestem socjologiem, to pewne narzędzia posiadam i chętnie sięgnę po tematy dotyczące fandomu ogólnie rozumianego, ale też relacji między ludźmi, jakie wytwarza specyficzne środowisko jakim niewątpliwie jest internet. Możecie się spodziewać ironii w moich tekstach, ot taki ze mnie internetowy fighter. Zaczęłam dość poważnie, ale nie zawsze tak będzie. Nie zawsze też będzie grzecznie, są tematy które mnie niesamowicie... irytują. Na pewno to odczujecie. Nie jestem tez mistrzem korekty, a już szczególnie korekty własnych tekstów – od razu za potknięcia przepraszam.

Cześć, jestem Cloe.
Przyszła pani filolog.
Podobno literaturoznawca.
A przede wszystkim i co najważniejsze – grająca (w sumie to bardziej pasuje „strzelająca”, ale nie tylko), podobno sympatyczna (nie mi oceniać) dziewczyna, która chce wam coś od siebie i o sobie powiedzieć.
Z drobnymi zapędami artystycznymi.
Ale nikt nie mówił, że jestem do końca normalna.