czwartek, 28 września 2017

Nie jesteś lepsza, bo grasz w gry

                Gry, jak każda inna czynność, mogą być hobby, sposobem zabicia czasu, zarabiania pieniędzy, a dla niektórych, nawet całym życiem. Wiadomo, że są tytuły, cieszące się bardziej męskim zainteresowaniem, w których dziewczyny stanowią po kilka procent wszystkich graczy. Nie dlatego, że są one w jakiś sposób gorsze. Nie. Ale z drugiej strony, to wcale nie znaczy, że są w czymś lepsze, od swoich niegrających koleżanek!
                Niezmiernie wkurza mnie takie lansowanie się na tle innych. „Bo ja lubię piwo, oglądać mecze i grać w gry, a nie jestem taka pusta jak te laski, co biegają po centrach handlowych, malują sobie paznokcie, imprezują…” i tak bez końca. No super, że masz jakieś tam swoje zainteresowania. Fajnie, że się dobrze odnajdujesz w męskim towarzystwie, skoro ci to tak bardzo pasuje. Ale po co robić z tego sposób, na dowartościowanie się na tle innych?
                Nie każda dziewczyna lubi robić zakupy. Ja czasem przejdę się po centrum handlowym, ale nie spędzam tam długich godzin, bo zaczyna mi się w takich miejscach robić słabo (autentycznie!). Ale nie chwalę się tym wszędzie głupimi grafikami, mówiącymi, że jestem taka wyjątkowa, bo wolę popykać w gierkę, zamiast oglądać się za ciuszkami, na Boga. Nie maluję się, bo nie odczuwam potrzeby/nie umiem, a nie dlatego, że to jakaś wyższa filozofia hejtu na malujące się kobiety. Na youtubie obserwuje kilka kanałów temu poświęconych, co nie czyni ze mnie pustej laski. Jestem raczej spokojna, ale chętnie imprezuję ze swoimi znajomymi. Nie sądzę, żeby to było coś złego, nie rozumiem, czemu mam się kisić w mieszkaniu z książką, skoro mogę wyjść i dobrze się bawić. Na czytanie też się znajdzie czas.
                Dla niektórych to może zabrzmieć jak hipokryzja. Bo w końcu w opisie bloga stoi czarno na białym, że o grach piszę „kobiecym okiem”. Jak to jest w końcu, jestem wyjątkowa, czy nie? Odpowiedź jest prosta: nie jestem lepsza od innych dziewczyn, ale nie zmienia to faktu, że grających chłopaków jest dużo, dużo więcej. Wśród zalewu męskiego spojrzenia na świat espotu, moje teksty mogą się jednak w czymś wyróżniać, a nawet jestem gotowa na stwierdzenie, że na pewno tak jest. To zmiana perspektywy, nic lepszego, nic gorszego, po prostu coś innego.
                I tyle.
            Nie jestem lepsza, jestem taka jak każda, po prostu mam inne zainteresowania. Nie mam zamiaru hejtować nikogo tylko dlatego, że lubi imprezować. Niech sobie lubi, co chce, mi tym krzywdy nie robi. Skoro tak im dobrze, to nic mi do tego. Ludzie robią mnóstwo niesamowitych rzeczy, zdobywają najwyższe szczytu górskie, śpiewają, tańczą, malują obrazy, uprawiają sport itd. Nie każdy musi robić coś wyjątkowego, czy widowiskowego, większość woli żyć spokojnie i np. pograć w domu w gry. Bo ludzie są różni, każdy ma inne potrzeby, inne cele w życiu. Nikt od nikogo nie jest gorszy.

                To tyczy się wszystkich, ale wśród dziewczyn panuje ostatnio zalew „nie dziwnych, tylko z edycji limitowanej”, bo grają w gry. Wyobraźcie sobie faceta, który przy podrywie przedstawia się ze słowami: „… no, a w ogóle, to jestem taki dziwny, bo lubię grać w Simsy”. No dla mnie to jakiś absurd! Za to dla dziewczyn normalne jest mówienie, że wolą Play Station od nowej torebki. No dobra, też ostatnio przepieprzyłam kupę kasy na nowy komputer, ale to nie czyni mnie w niczym lepszej. Bo wiesz, możesz lubić robić to samo co twój facet, ale jak się nie dopasujecie charakterami, to i tak nic z tego nie będzie… No chyba, że to ja żyję w jakimś idealistycznym świecie i rzeczywiście wystarczy razem grać w Fifę i nawet nie trzeba ze sobą rozmawiać, żeby być szczęśliwym.
                Rozumiem też, że to może być jakiś tam atut. Bo ktoś może właśnie szuka takiej drugiej połówki, która będzie tak z nim spędzać czas. Ale nadal, to nie jest przecież wszystko, co masz do zaoferowania dla drugiej strony? Prawda? Życie to coś więcej niż przyjemności.

                Już na sam koniec taka konkluzja – nikt tak nie potrafi „dopieprzyć” kobiecie, jak druga kobieta. Zamiast jakoś się wspierać i dawać sobie jakieś minimum wsparcia, ciągle szukamy, w czym to jesteśmy od siebie lepsze. Jasne, ludzie zawsze będą się porównywać ze sobą, bo to najłatwiejszy sposób na podwyższenie swojej wartości. Tylko czasem się zastanawiam, czy to tak powinno działać. Warto się czasem zastanowić, czy to, co uważamy za takie „wyjątkowe”, serio takie jest. Uwierzcie mi, granie w gry nie jest i nigdy nie będzie. Ba. Jest coraz bardziej powszechne. Gry są dla każdego. Tak jak książki i filmy, czy muzyka. Nie jesteś lepsza, bo słuchasz rocka, a nie disco polo.  Pogódź się z tym i znajdź coś, w czym jesteś naprawdę dobra. Wtedy będziesz się mogła tym pochwalić i rzeczywiście w pewnym sensie będziesz „wyjątkowa”. Ale nigdy lepsza od innych. 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Co denerwuje graczy? Cz. 1

Gracze to nerwowe stworzenia, co do tego nie ma wątpliwości. Miłość od gier to bardzo skomplikowane uczucie, czasem przeradzające się w nienawiść. Nie na wszystko ma się wpływ, nie każdej sytuacji da się uniknąć. Nie chodzi mi o innych ludzi, bo o tym pisałam w innym miejscu, a o bardziej techniczne sprawy. Porozmawiajmy o tym.


Aktualizacje

Jeszcze wczoraj ta postać tak nie robiła. A ten klawisz służył do czegoś innego. Mapa inaczej wyglądała… Wszelkie zmiany, czy to kosmetyczne, czy to w mechanice gry, bywają na początku denerwujące. Są potrzebne – gra powinna się cały czas rozwijać. Nawet jeśli poczytamy, co dokładnie zostało poprawione, to i tak trzeba czasu, żeby przywyknąć. Niektórzy będą narzekać, że „to już nie to samo”. Inni za to będą zachwyceni. Nie można dogodzić każdemu.
                Ja wszelkie zmiany przyjmuję pozytywnie. Lubię jak pojawia się coś nowego, co (w teorii) usprawni rozgrywkę. Zresztą, im częściej wydawca coś poprawia w gierce, tym bardziej widać, że zależy mu na graczach i dostarczeniu im dobrej rozrywki. Bo to o nas w tym wszystkim chodzi.


Źródło: http://en.memgenerator.pl/mem-image/to-nie-moja-wina-gra-mi-sie-zbugowala-en-ffffff-1

Bugi

Punkt trochę związany z poprzednim. Czasami nieuczciwi gracze wykorzystują je przeciwko innym. Czasem są tylko denerwujące. Najgorzej, jak uniemożliwiają rozgrywkę. Dużo tutaj zależy od ludzi, którzy będą błędy zgłaszać i od reakcji wydawcy. Jeśli szybko pojawi się łatka, tym lepiej dla firmy – gracz zostanie i może kupi inną pozycję.



Zbyt dużo misji pobocznych

Tutaj zdania są podzielone. Jedni lubią się dłużej pobawić, inny strasznie się w tym gubią. Najważniejsze jest dobre oznaczenie, które rzeczy koniecznie trzeba zrobić, żeby zrozumieć fabułę, a które są tylko „smaczkiem”. Nie każdej grze się to udało, a szkoda.

 
Powiedzmy, że mapka z Wiedźmina to tylko tak przypadkiem ;)
Źródło: http://wiedzmin.wikia.com/wiki/Mapa_%C5%9Bwiata


Zbyt mało/zbyt bardzo otwarty świat

Ten punkt dotyczy głównie nowszych pozycji, bo ciężko zarzucać coś podobnego starszym produkcją. Ale pewnie każdy z was się zgodzi, że niektóre gry aż za bardzo prowadzą za rękę – jedne drzwi, reszty nie można nawet spróbować otworzyć. Nie możesz skrócić trasy przez łąkę, bo drogę tarasuje ci… płot. Nie można go przeskoczyć, ani ominąć. Musisz iść wyznaczoną ścieżką, cóż począć.  Zawsze mnie irytuje takie bieganie przed siebie. Trochę nudno, co ?
Z drugiej strony medalu jest wielka mapa – szukanie na niej czegokolwiek może doprowadzić do białej gorączki i rzucania przedmiotami. Od godziny kręcisz się w jednej okolicy, bo szukasz wejścia do jaskini, ale za cholerę go nie widzisz. Ostatecznie, okazuje się, że mijałeś je z dwadzieścia razy przez ten czas. W takiej sytuacji nie wiadomo kogo winić – siebie czy wydawcę gry? To co dla jednych jest oczywiste, dla kogoś innego wcale nie musi takie być. W sumie, wszystko zależy od podejścia. To nie zawsze gra „jest głupia”. Czasem my jesteśmy mało spostrzegawczy. Albo nie czytamy dialogów, bo po co.

Schematyczność

Niektórym starszym grom można to wybaczyć. Ale tylko niektórym. Bo robienie wszystkiego w dokładnie ten sam sposób, zabija każdą, nawet najlepszą, fabułę. Zaczynamy się nudzić, a przecież gra ma dostarczać rozrywki, a nie usypiać. Czasem gracz sam sobie to robi. Bo ogólnie, jak się uprzesz, to przejdziesz grę używając tylko jednego ataku. Ale jeśli dany tytuł proponuje ich kilkanaście – aż żal nie skorzystać, prawda? Gorzej, jeśli fabuła sama narzuca jeden i ten sam sposób. Wtedy to już może doprowadzać do szału i zarzucenia dalszej rozgrywki.

 
Źródło: http://fabrykamemow.pl/memy/104288


Lagi

Każdy gracz to zna. Rośnie ping, skaczą fps-y, nie da się grać. Już nie ważne, czy to wina dostawcy internetu, serwerów, czy komputera. Denerwuje tak samo. Chyba nie ma lepszej wymówki, niż „nie zabiłem, bo miałem laga”. Nawet jeśli na serio się je ma – nikt nie uwierzy. Sprawdzone info ;)


Macie jakieś swoje doświadczenia? Podzielcie się w komentarzu tutaj albo na fanpage! Chętnie napisze o tym w następnej części. 

środa, 19 kwietnia 2017

Szczucie cycem, a streaming

Bo dzisiaj chciałam o tym, jak dziewczyny same robią „krzywdę” innym dziewczynom. Bo seksizm to nie tylko domena mężczyzn. A o co chodzi? O cycki na Twitch.tv. Ale zanim o tym, to krótki wstęp.
            Ja wiem, że to nie tylko problem internetu, bo np. reklamy są pełne kobiecych i męskich wdzięków pokazywanych przy różnych, czasem bardzo dziwnych, okazjach. Ale jakoś czas temu bardzo głośna na Youtube stała się sprawa dotycząca kanału Seksmasterki. Jeśli macie ochotę, to poszukajcie sobie filmów na jej temat (polecam Gargamela np.), ja nie będę się tutaj rozwodzić nad tym dłużej. Chciałam zwrócić tylko uwagę na jeden z argumentów, którym będę się za chwilę dość często posługiwać. Chodzi mi dokładniej o bardzo proste stwierdzenie, że Youtube nie jest miejscem, którego założeniem byłoby umieszczanie treści pornograficznych lub pokrewnych. Od tego są inne strony, założone głównie w tym celu. Mimo tego, że da się nałożyć ograniczenia wiekowe na widzów. Ale o tym zaraz.
            Twitch też nie jest w założeniu miejscem, gdzie kobiety pokazują swoje wdzięki. A piszę tu tylko o przedstawicielkach mojej płci, bo nie widziałam nigdy streamu męskiego, który by się na tym opierał (jeśli takie są, to mile widziane są linki). Strasznie mnie to denerwuje, ale też zniesmacza.


            Czy naprawdę jedyną rzeczą, jaką mogą dostać widzowie  od streamerki, to jej piersi? Czemu kobiety same sprowadzają się do roli przedmiotu seksualnego? Nie rozumiem tego. Ktoś może powiedzieć, że mają do tego prawo, bo inaczej banowali by im konta. Ale jako dziewczyna aktywnie zaangażowana w środowiska gejmingowe nie chcę być kojarzona z kimś takim. Bo to strasznie krzywdzący obraz. Mam coś więcej do zaoferowania światu, niż moją seksualność. Może to być szok dla niektórych, ale kobieta to też człowiek i ma osobowość, jakiś charakter, poczucie humoru. Jak każdy. Są dziewczyny, które używają tych cech do zdobycia publiczności, są takie, które świetnie napieprzają w gierki i aż miło patrzeć jak łoją przeciwników. Ale kiedy kamerka jest większa od ekranu gry, a laska ma na sobie ledwie zakrywającą swoje wdzięki bluzkę, to chyba coś jest nie tak.
            Bo tu chodzi o gry. Głównie o nie. Streamer jest albo na równi z nimi albo nawet na drugim miejscu. Nie prowadzi przecież vloga, a pokazuje jak świetnie bawi się grając na konsoli, albo jakim jest świetnym zawodnikiem, kiedy zdobywa coraz wyższe rangi. Do tego służy Twitch! Po to go założono. Pokazywanie piersi to droga na skróty, jawne naciąganie napalonych chłopców na kasę. Streaming to biznes. Ale kiedy biznes zaczyna obdzierać z godności, to już zaczyna dziać się coś złego.
            A na to wszystko patrzą dzieci. Skłamanie co do daty urodzenia w profilu jest najprostszą rzeczą na świecie, więc argument o filtrach odpada. Ale krzywienie tym młodym ludziom obrazu świata jest niedopuszczalne. Niby każdy powinien się poznać, że to tylko taka gra (bardzo chcę w to wierzyć) o kasę. Ale kiedy patrzy na to dziecko, to wszystko wygląda jak robione na serio, bardzo na serio. Do tego na żywo, a w tle leci jakaś ulubiona gierka. Działa to na zasadzie skojarzeń. Taki dzieciak ma od razu na tacy podane, że laska się do grania nie nadaje, ale za to można sobie na nią popatrzeć. Seksmasterkę na Youtube zaczęły naśladować małe dziewczynki. Na Twitchu stanie się to samo. Już niedługo.

No nie wiem, może mózgu? 

Niezmiernie boli mnie, że te dziewczyny same sobie to robią. Same pokazują, że nic lepszego nie mają do zaoferowania. Że są nudne, bez charyzmy, bez umiejętności, ale mają co pokazać i na tym bazują. A ludzie to kupują. Bo gdyby, analogicznie, jakiś wysportowany facet siedział bez koszulki, najlepiej w samych bokserkach, żeby można było zobaczyć jakie ma atuty, to zaraz wylałoby się na niego morze hejtu. Ale laseczka? A to aż miło popatrzeć, prawda panowie? (No wiem, że nie wszyscy, ale ilość śliniących się i przyczepionych do monitora można liczyć w tysiącach… niestety)
Nie okłamujmy się, zarabianie ciałem jest proste. Tylko do jasnej cholery, dlaczego łączenie tego z grami jest takie popularne, to już nie zrozumiem. Nie mówię, że gejmerka musi być brzydka, albo siedzieć w golfie przy trzydziestu stopniach na dworze. Jest bardzo subtelna granica między swobodnym ubiorem, a takim który pokazuje za dużo. To drugie praktykują dziewczyny o których jest ten tekst. I to widać. A potem streamerki, które starają się zrobić coś ciekawego, są obrzucane pytaniami o seks. Ale to temat na osobny post o rzucaniu natrętnych komentarzy. Tylko sygnalizuję problem. Takie zachowanie wynika jednak z tego o czym pisałam wyżej. Znajdą się tacy, którzy pomyślą, że każda jest taka. A od generalizacji, przez stereotypy, już bardzo blisko do seksizmu. 
Smutne.


środa, 29 marca 2017

Odczucia po filmie Assassin’s Creed

                Nie będę tutaj udawać, że znam się na filmach. Bo to by było kłamstwo. Oglądam mało co, raczej wybieram te mniej ambitne filmy. Uwielbiam Marvela. Dużym sentymentem obdarzam Gwiezdne Wojny i podobają mi się po prostu wszystkie części. Ekranizacja Władcy Pierścienia to dla mnie majstersztyk, a Hobbit mnie strasznie wkurza. Byłam na kilku częściach Harrego Pottera w kinie, zresztą zajechałam tę serię do niemożliwości. Rozumiecie, jakim jestem typem człowieka? To możemy dalej.
                Nie umiem pisać recenzji. Ale chętnie opowiem wam o tym, co czułam w czasie oglądania i chwilę po. Bo to chyba nawet ciekawsze. Zanim zaczniecie czytać, załączcie sobie do tego odpowiednią muzykę:

                Co czuję? Niedosyt. Mam wrażenie, że za dużo wątków zostało upchniętych w ten film. Trwa on niby długo, co nie jest wadą, ale ten jakoś tak się momentami... ciągnie. Za mało było tego, do czego przyzwyczaiły mnie gry. Czyli od razu przechodzimy do Animusa. Ja wiem, że czas był ograniczony, ale zastanawiam się co pan od scenariusza miał w głowie. Cały urok tej serii polega na tajemnicy, którą trzeba rozwiązać. Jak w kryminale. Jest niepewność, trzeba poszukać drogi dotarcia, trochę się poukrywać, coś podsłuchać, coś ukraść.  Wszystko w przeszłości. A tutaj? Po prostu bieganie i lanie się po twarzach. Nawet nie ma w tym filmie jakiegoś budowania napięcia. Po prostu ktoś coś opowiada, zaraz mamy scenę z Animusa, tutaj znowu jakaś rozmowa, jakiś dramatyczny monolog, wspomnienia, Animus, tam bohaterowie coś knują, Animus itd. Strasznie to wszystko się nie łączy, jakoś bardzo denerwuje, ta fragmentaryczność daje wrażenie, że ktoś wyrzucił połowę scen, bo „wyszło za długie”. Ginie jeden z bohaterów i wiecie co? Nawet mi nie ma smutno, bo był na ekranie jakieś dwie minuty. Wypowiada może jedno zdanie. Czemu mam go żałować? Kiedy umiera, nawet nie do końca pamiętam, kim jest.

Cal - główny bohater. Zagrany przez Michaela Fassbendera, znanego np. z roli Magneto w serii o X-menach.  
                Ogólnie widzę potencjał. Fajnie rozwiązano sprawę z firmą Abstergo, podoba mi się nowy Animus, bohaterowie byli by spoko… Może. Musieli by być trochę bardziej skomplikowani, bo obecnie można ich opisać za pomocą jednego, nie bardzo złożonego, zdania. Ale tutaj właśnie wychodzi ten taki rozgardiasz, brak pomysłu jak to mądrze rozwiązać. Przyznam, ciężko byłoby wytłumaczyć na czym polega tamten świat w tak krótkim czasie. Skoro jednak zakończenie sugeruje, że są plany na drugą część, to w czym problem? Można to było trochę rozłożyć, dodać trochę tajemnicy, pokazać bohatera, który na coś się godzi, ale nie bardzo wie na co. Podążającego „za krwią” i za instynktem. Natomiast przemiana „psychologiczna”, którą pokazał film, jest tak płytka, że się zaczęłam się śmiać w pewnym momencie. Nie mogłam po prostu uwierzyć w to co widzę.
Nie narzekam na samych aktorów, nie znam się na tym za bardzo, ale głównego bohatera odegrano moim zdaniem bardzo dobrze. Muzyka to osobny temat, miejscami mnie denerwowała, kiedy nieudolnie naśladowała dźwięki z gry. Ale to pewnie przez mój cholerny sentyment, więc może zostawmy ten temat. Zdjęcia bardzo ładne, no nie mogę nic zarzucić, patrzeć na to można godzinami.


Nie mogę powiedzieć, że film w ogóle mi się nie podobał. Bo to nie prawda. Były momenty, że zaczynałam się nawet wczuwać, kiedy myślałam sobie: no to jest właśnie to! Ale to tylko chwile. Jestem pewna, że się zawiodłam, chociaż to pewnie moja wina, bo czekałam na ten film tak długo, byłam bardzo podekscytowana i dostałam w twarz. Bałam się tego, że coś tak przekształcą, że wszystko straci SENS. A tu bardziej poszło o to, że nikt dobrze tego SENSU nie oddał, wszystko jest zbyt proste (żeby nie powiedzieć, ze prostackie) i zabrakło mi tego, co dawała mi gra. Ta fabuła niczym nie zaskakuje, czego nie można powiedzieć o gameplay’u. Dwa różne światy (trzecim są książki, ale nie czytałam, wiec nie mam swojego zdania na ich temat). Nie powiem też, że mi smutno, bo to nie do końca tak. Staram się zrozumieć. Podobnie jest z ekranizacjami książek, każdy powinien rozumieć o co chodzi, nawet jeśli nie czytał pierwowzoru. A tutaj mam wrażenie, że zadbano o to aż za bardzo, doprowadzając to do przesady. W grach wszystko jest bardziej złożone. A tutaj, tak się dzieje po prostu, bo tak i przyzwyczaj się do tego widzu, bo cały film jest taki i tyle.


                 Jeśli powstanie kolejna część (a na to się zapowiada) i będzie wyglądała tam samo jak pierwsza, to dopiero będzie mi smutno. Niech powróci w tym wszystkim to co najważniejsze – tajemnice, spiski, skradnie się po cichu, a dopiero na końcu bieganie po dachach i zabijanie. Nie w odwrotnej kolejności. 

Wszystkie zdjęcia użyte w tym artykule są fragmentami filmu i należą do firmy: Twentieth Century Fox Film Corporation.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Nie trać oka, aby stać się piratem

                O tym, że gry traktuję jak takie małe dzieła sztuki(a nawet nie takie znowu małe), to już wiecie. Ze sztuką jest ten problem, że chce się, żeby dotarła do jak największej grupy osób, ale też dobrze by było jakoś zarobić. Niestety, te dwie rzeczy mocno się ze sobą gryzą. Teraz duży nacisk jest też na to, żeby było szybko. Bo od premiery poprzedniej części nie może minąć zbyt wiele czasu, bo ludzie zapomną i inne takie marketingowe gadanie. A jak się chce dobrze i szybko, to nie da się tanio. A kto za to płaci? Gracze.
                Nie jest to jeszcze powód, dla którego gry powinno się „piracić”.  Ja wiem, że większość ludzi nie ma pojęcia, ile pracy trzeba włożyć w tworzenia gry. Zresztą, są to ludzie, którzy w ogóle nie wiedzą, ile się trzeba narobić, żeby cokolwiek zrobić. Ale jak już kiedyś pisałam, nad każdą, nawet malutką grą na telefon, pracuje sztab ludzi. Do artystów trzeba dołożyć ludzi, którzy zajmują się stroną techniczną, następnie ktoś tym wszystkim musi zarządzać, są ludzie, którzy pracują nad marketingiem. Zastanawiając się dalej, dojdziemy aż do kogoś, kto sprząta studio – w końcu to też jakiś wkład w to wszystko.
                Najłatwiej to porównać do malowania obrazów/tworzenia grafik/robienia rysunków. Jakoś ludzie ciągle myślą, że to takie hobby i artysta nie powinien wymagać zapłaty, bo w końcu robi to co lubi… A jak powszechnie wiadomo, nie można lubić swojej pracy, bo wtedy to nie jest prawdziwa praca (a już tym bardziej zarabiać na hobby, kto to widział). Już pomijając godziny spędzone nad zleceniem (tak, godziny, to nie trwa 5 minut), dodać należy jeszcze materiały. Za co kupić papier? Ołówki też się zużywają. No, ale to hobby, powinno się zapieprzać w innej robocie, a bazgrać sobie po godzinach, prawda? Ewentualnie żryj gruz drogi artysto. Już nie mówię o tych, którzy tworzą grafiki na komputerze, tych to nie ma co szanować, tylko klikają w programie i „samo się robi”.
                

                Zrozumcie, poświęcanie czasu i materiałów kosztuje. Studio musi zarabiać na sprzedaży, żeby zatrudniać ludzi do tworzenia kolejnych części/nowych tytułów. Może myślisz, co ich zbawi moje kilka złotych. Tylko, że tak myśli więcej osób. A to nie jest miłe. Nie wychodzisz z restauracji nie płacąc za obiad. Dlaczego nie możesz zapłacić producentowi za długie godziny zabawy?
                Sama kiedyś tak robiłam. A potem poszłam na studia i do pracy. Zrozumiałam wtedy, że to nie jest spoko, że to nie jest tak, że „nic się nie stało”. Tak samo płacę za kablówkę, żeby móc oglądać filmy, więc z tego samego powodu gry też mam wszystkie oryginalne. Jasne, chciałabym czasem jakąś grę, na którą sobie nie mogę pozwolić. Wtedy czekam na promocje, bo lepiej zagrać później, niż kogoś okradać.
                Ogólnie wiele rzeczy by się chciało za darmo. Muzykę, obrazy, filmy, książki. Nie obwiniam dzieciaków, bo takich trzeba uświadamiać, że tak nie wolno. Ale to, że uczył nas okradać producentów ojciec mojej koleżanki, to już dla mnie jest niewyobrażalne (całe osiedle miało „lewe” Simsy). Teraz wiem, że sama bym tak nie postąpiła i o to samo mogę jedynie poprosić was. Wszystko ma swoją cenę, jeśli nie stać mnie na kurtkę, to przecież jej nie ukradnę.
                Przyznam wam się, że pierwszą część Assasin’s Creed’a ściągnęłam z neta i przeszłam. Głównie dlatego, że nie był nigdzie dostępny. Dzisiaj zakupiłam oryginał. Możecie mówić, że jestem głupia, bo już to przeszłam, więc po co mi to. Ale ja sądzę, że należy się zapłata, chociaż trochę spóźniona (no i w promocji). Teraz mam czyste sumienie.



                Firmy walczą o swoje pieniądze, wprowadzając promocje, oddając za darmo dodatki, jeśli kupi się podstawową wersję, a nawet wprowadzając miesięczne subskrypcje, gdzie za niewielką opłatą, można przez trzydzieści dni zagrać w konkretne tytuły. Przykładem niech będzie firma Electronic Arts i jej EA Access, gdzie za niecałe 15 zł miesięcznie (lub 79 zł rocznie), macie dostęp do najlepszych tytułów, często nawet przedpremierowo. Co prawda oferta dotyczy Xbox One, ale warto sprawdzić, ile kosztują gry na tę platformę, żeby zrozumieć, że subskrypcja wychodzi taniutko. A to tylko jeden z przykładów. Jest tyle możliwości, że nie warto robić z siebie złodzieja.