wtorek, 22 marca 2016

Opanuj emocje

Charakter. Każdy jakiś ma. Są ludzie wybuchowi, których rozpoznasz od razu, kiedy wykłócają się o coś w sklepie. Są ci spokojni, cisi, przymykający gdzieś bokiem, nielubiący przebywać w tłumie. Gwiazdy, otoczone gromadką słuchaczy, z głosem pewnym i donośnym. Chichotliwe kobiety, które wybuchają śmiechem co drugie słowo. I wielu innych, znacie wszystkie te typy. Mijacie ich na chodniku, spotykacie w urzędzie, w szkole, robiąc zakupy czy wracając autobusem ze szkoły. A potem te rzesze ludzi wracają do domów i jakiś procent z nich zasiada przed monitorem. Spotykacie się znowu, ale tym razem w internecie.
Tylko, że to już nie są ci sami ludzie.
Nigdy nie zrozumiem tego, co dzieje się z niektórymi po odpaleniu komputera. Gdzieś tam wychodzi z nich wszystko to, co siedzi głęboko w głowie, a czego w życiu „realnym” pokazać nie potrafią i zachowują się jak ostatnie chamy. To nie tylko problem gier, w których rozgrywka odbywa się przez internet. Widzę to wszędzie, na forach, w komentarzach pod artykułami, na facebooku. Bariera „kabla” dodaje wielu osobom animuszu, a poczucie anonimowości (dość złudne) powoduje, że pozwalają sobie na wszystko. Często na zbyt wiele. Podbudowują swoje ego, wylewając pomyje na kogoś po drugiej stronie monitora. Wyładowują złość na losowych osobach, których nie znają, których prawdopodobnie nigdy na własne oczy nie zobaczą.
Bo w internecie można być każdym. Tylko dlaczego nikt nie chce być po prostu sobą? Agresja w życiu codziennym jest czymś piętnowanym. Nie ma akceptacji dla przemocy, wiele kampanii społecznych pojawia się np. w telewizji. Wiemy o tym wszyscy. A jednak, kiedy coś się dzieje, to odwracamy wzrok. Ciągle mówi się w mediach, że nikt nie reaguje, że znieczulica, że człowiek na ulicy się wykrwawił, bo nikt nie podszedł, nie pomógł... Chyba każdy kiedyś usłyszał, że lepiej wołać „pali się” a nie „pomocy”. A to dlatego, że prędzej ktoś wyjrzy z okna, bo ogień jest dość widowiskowy i to zawsze „coś ciekawego”, co można później opowiedzieć. Żeby pomóc drugiej osobie nikt się nie śpieszy. No cóż, to dość smutne i w sumie powszechne. A co z przemocą w internecie? Np. ostatnio dość modny profil jest na facebooku Hejtstop– nie chcę tutaj wchodzić w politykę, więc go oceniać nie mam zamiaru. Tylko pokazuję, że jest. Bo problem też jest. I to większy niż się niektórym wydaje. Ten tekst tez powstaje gdzieś na fali tego co teraz się dzieje w internecie w sprawie imigrantów, zamachów, partii politycznych itd. Ale nie tylko, bo problem coraz bardziej zaczyna dotyczyć społeczności fanowskich, zrzeszających graczy. Smutne, że to co miało dawać radość, zaczyna budzić w ludziach niepohamowaną agresję.
Ciągle mi się wydaje,że jakoś w internecie mniej się widzi ten problem. Dajemy sobie otwarcie pluć w twarz, bo ta osoba jest gdzieś daleko, bo ciężko taką osobę znaleźć, bo nic jej nie można zrobić. Bo tutaj wszystko zaczyna się od nas samych, od tego, czy sami reagujemy. A w internecie, jak w życiu codziennym, wolimy wyjść z serwera, wyłączyć dyskusję i odwrócić wzrok. Wkurzać się wewnętrznie, ale nie zrobić nic. Bo wydaje się, że słowa nie pomogą. A więcej nie możemy zrobić, albo przynajmniej tak się nam wydaje. Pamiętam jak za czasów świetności CS'a 1.6 bywałam adminem na serwerach. I banowałam bez skrupułów. Wyrzucałam z serwera każdego, kto obrażał innych, kto nie potrafił się zachować, kto nie dawał innym się zrelaksować przy rozgrywce. Nie zliczę ile razy zostałam zwyzywana za swoją ciętość, za brak wyrozumiałości… Do teraz nie wiem, jak na to akurat można być wyrozumiałym. Rozumiem, że można mieć gorszy dzień, ale bez przesady. Było warto. Mogłam pokazać tym krzykaczom, że w internecie nie można sobie pozwalać na wszystko. Że nie można człowieka zmieszać z błotem tylko dlatego, że „nic” nie można mu zrobić, bo dzielą was dziesiątki kilometrów. Mogłam chociaż tyle (a może aż tyle). Wywalić i kazać nie wracać. A bywałam mściwa i pamiętliwa. Skoro im wolno było być chamami, to mi wolno było być wredną. A co.
Ostatnio powraca jak bumerang temat „dram” na youtube. Związany jak zwykle z obrzucaniem siebie błotem, sprowadzający się do przepychanek słownych. Nie chcę nikogo oceniać, stawać po żadnej ze stron. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do tego filmiku:

Wydaje mi się, że temat jest wyczerpany, bo mam podobne zdanie do autora (które gdzieś tam pod dość... dziwną formą przekazu jest). Nie chciałabym się tutaj rozpisywać, bo wiele innych tekstów odnoszących się do dram krąży po internecie. Martwi mnie tylko to, o czym wspominałam już wcześniej i o czym też mówi właściciel kanału. Że znani i lubiani wylewają publicznie swoje żale, zarażając nimi swoich fanów. A to już nie jest fajne. Każdy, kto był na jakimkolwiek evencie wie jaki wpływ na młodych mają tacy „internetowi idole”. Kończy się to często zwyzywaniem innych znanych. Masowym. A jak zdążyłam zauważyć, dzieciaki na najwięcej sobie pozwalają. Nieustannie mnie zadziwia jakim językiem potrafią się posługiwać. I to te mające po dziesięć, jedenaście, dwanaście lat. Przerażają mnie te głosiki przed lub w trakcie mutacji, które potrafią każdego zwyzywać od najgorszych. Często za nic. Najczęściej dlatego, że lepiej grasz. Bo dla nich jesteś kimś tam z drugiej strony, kogo nie znają i mogą mu powiedzieć cokolwiek. Gdzieś tam z boku zostawiam problem tego, co z rodzicami tych młodych i czy wiedzą co ich dzieci robią w internecie. Bo to dość obszerny temat, którego teraz nie będę dotykać. Tylko go sygnalizuję.
Z drugiej strony barykady są ci, co już powinni mieć chociaż trochę oleju w głowie. Często rodzice, z pracą, własnym życiem. Plujący jadem na lewo i prawo. Ludzie, którzy bez przekleństwa nie potrafią złożyć zdania. Wszystko wiedzą lepiej od ciebie i chętnie ci to powiedzą. Wulgarnie i dość dosadnie, żebyś zapamiętał do końca życia. Wszystko załatwią krzykiem, a jak nie, to chętnie się z tobą spotkają „w realu”. Wtedy to dopiero sobie pogadacie. Łatwo mówić coś takiego, skoro się wie, że nikt normalny nie poda swoich danych w grze. Bo też nie warto sobie robić problemów. I to nie tak, że sobie teraz teoretyzuję. Po prostu znałam takich internetowych bohaterów, którzy to w życiu codziennym nie potrafili obronić własnej kobiety przed wyzywającymi ją chłopaczkami, ale w grze to co innego. Tam byli prawdziwym panami życia i śmierci, co by każdego „załatwili”. I nie bez powodu używam czasu przeszłego. Żyją sobie gdzieś tam daleko, po drugiej stronie kabla, z tym poczuciem własnej wyższości. Szkoda na nich tracić czas – oni się nie zmienią, a jeszcze może się udzielić nerwowa atmosfera. I po co?
Jest to jakiś rak, zżerający od środka wszystkie środowiska internetowe, także te gamingowe. Wszystko to przestaje w pewnym momencie cieszyć, a zaczyna denerwować. Bo trafi się zawsze chociaż jeden taki, który przyjdzie się wyżyć, w tym złym znaczeniu tego słowa. Bo można to zrobić dobrze, całą swoją złość włożyć w skupienie się na grze. A kiedy zacznie wychodzić, człowiek zaczyna się czuć lepiej. I o to chodzi. A nie o to, żeby wyzywać, żeby psuć specjalnie innym grę, robić na złość. Każdy ma czasem gorszy humor. Albo po prostu nie idzie, nie potrafisz się skupić, ciągle umierasz pierwszy. To zawsze denerwuje. Wtedy najlepiej wyjść, nie zaczynać kolejnej rozgrywki. Można wyłączyć mikrofon i nic nie mówić. Nic nie pisać. Skupić się na sobie i na swojej grze. Brać głębokie wdechy. Nie zrzucać winy na wszystkich. Wiem, łatwo się to mówi, trudniej zrobić. Znam to z własnego doświadczenia. Jestem tylko człowiekiem, a do tego jednym z tych bardziej nerwowych.
Jednak warto się nauczyć samokontroli, poszukać swojego sposobu na wyciszenie. Bo nie można być chamem. Grajmy po to, żeby się tym cieszyć, a nie po to, żeby zatruwać innym życie. Jeśli nie umiesz grać w zespole, a co najgorsze, nawet nie próbujesz tego robić – odpal grę w trybie dla jednego gracza. Nie masz ochoty słuchać jak ktoś cie wyzywa po rosyjsku – wycisz go, większość gier posiada taką opcję. Nie nakręcaj się, lepiej się odciąć od takiej osoby. Szczególnie, jeśli zwrócić mu uwagę raz, czy dwa i nie pomaga. Nie przejmuj się za bardzo tym, co o tobie mówią. Jak wspominałam wcześniej, to są słowa bez pokrycia, tacy internetowi krzykacze niewiele więcej poza wyzywaniem mogą. Napsują ci krwi i tyle z tego. Często trudno nie brać do siebie tego co mówią. Dlatego najlepiej nie dawać powodów. Jeśli jestem miła dla każdego, a nawet to nie pomaga? Nic więcej w sumie nie mogę, ale ważne, że sobie nie mam nic do zarzucenia. Odpalam następną grę i mam nadzieję, że tym razem spotkam kogoś normalnego. Kogoś z kim nawet przegrywa się z przyjemnością. Nauczyłam się tego dość niedawno. I na koniec – każdemu graczowi tego życzę. Bo najważniejsze to zacząć od siebie, nie być toksycznym, a potem dopiero można mówić o innych. I zwracajmy uwagę. A jeśli gra posiada taką możliwość, zgłaszajmy pieniaczy. Niech dostają bany. Jedyna nauczka, jaką w internecie mogą dostać. Zakup nowego konta to zawsze jakiś tam koszt. Nie mówię już o czasie, jaki tracą przez takiego bana. Może dzięki temu powściągną następnym razem język.  

środa, 16 marca 2016

Po co i dlaczego



E-sport (lub jak ktoś woli e-gaming) stale się rozrasta. Urodziłam się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy sam przemysł komputerowy wchodził w swój rozkwit. Eskalowało to szybko i miało wpływ na otaczający nas świat w takim stopniu, że ciężko teraz sobie wyobrazić życie bez dostępu do internetu, telefonów komórkowych, prac pisanych na komputerze, facebooka, portali informacyjnych itd. Szybkość z jaką teraz porozumiewamy się między sobą jest niesamowita. Nie tylko w prywatnej korespondencji (dzięki e-mailom, smsom, Skype... długo by wymieniać). Wszystko, co teraz dzieje się na świecie, można powiedzieć „dzieje się na naszych oczach”, niemalże na żywo. Postępująca globalizacja zmieniła wszystko. Za czasów mojej kariery w podstawówce, komputer miało co drugie dziecko, dostęp do internetu może co czwarte. Teraz ciężko, żeby tego komputera w ogóle nie było. Jak nie ma, jest tablet czy telefon. Internet chociażby z sieci komórkowej. Dostępny łatwo, praktycznie od ręki. Coraz szybszy, posyłany do domów światłowodami lub w technologii LTE.
Jestem z tego pokolenia, które te nowinki łapało i starało się „być na topie”. Pierwsze z tych, co traciło czas przy komputerze. Gry miały dawać godziny rozrywki. Grafika była „kanciasta”, muzyka często denerwująca, ale przecież nie o to chodziło. Wtedy to wszystko zachwycało „bo było” i dawało frajdę. Nikt wtedy nie myślał, że na graniu będzie można zarabiać, a turnieje e-gaminowe zbiorą publiczność liczoną w milionach ludzi. Że w Katowicach będzie odbywała się impreza, na którą zjadą ludzie z całego świata. A na wejście trzeba będzie czekać w kolejce. Przez cztery godziny. Jeśli miało się szczęście. Jeśli nie to dłużej. Że na finałach Counter-Strike ludzie będą siedzieć na schodach, stać gdzie tylko się da i krzyczeć, ekscytować się, kibicować „swojej” drużynie (przeżyłam i stanie w kolejce i finały – polecam, niezapomniane uczucie). Że za koszulkę drużyny League of Legends zapłacimy podobnie, jak za koszulkę Realu Madryt. W sumie, to pewnie nikt nie wpadł na to, że (poza samymi graczami) ktoś będzie chciał je w ogóle nosić. Że narośnie wokoło tego taka społeczność fanowska, napędzająca prawdziwy biznes, jakim teraz stał się e-sport.
Zresztą tak jest z wszystkim, co przeżywa taki nieprzewidziany rozkwit – mógłby powiedzieć ktoś bardziej czepliwy. Jednak to wszystko dzieje się tu i teraz, na moich i na waszych oczach. Mam w tym wszystkim swój jakiś tam udział, śledzę to i dlatego o tym teraz piszę. W pewien sposób mnie to dotyka osobiście. Grałam od kiedy pamiętam. Po części dzięki starszemu rodzeństwu. Mojemu bratu patrzałam przez plecy jak strzelał. To on dał mi na urodziny moją pierwszą grę „dla chłopców” - Call of Duty. I czy czuję się przez to wyjątkowa? A skąd. Wybór gier to jedynie preferencje, a że dziewczyn grających w podobne gry jest mniej? Nic na to nie poradzę. Nie zamierzam się wywyższać z powodu tego, że kiedy moje koleżanki topiły ludzików w Simsach, to ja zabijałam „ruskich”, czy strzelałam w czołgi z RPG. Też grałam w The Sims. Jednak nie ukrywajmy – w tym e-gaimingu, jaki teraz się wytworzył i o jakim chciałabym pisać, chodzi raczej o te gry w których właśnie się „zabija”, „strzela” itd. Dużo teraz upraszczania w moich tezach, ale po prostu chodzi – jak w każdym sporcie – o współzawodnictwo. Większość gier, uważanych za typowo „dziewczęce” tego nie posiada. A bez tego ciężko o odpowiednią atmosferę, która towarzyszy każdemu turniejowi. Człowiek tak ma – lubi wygrywać sam, a jeśli nie może, to lubi jak wygrywa drużyna, której kibicuje, jak zawodnik, którego tak bardzo podziwia, dobrze sobie radzi itd. Przyzna mi rację każdy, kto ma w znajomych fana piłki nożnej.
Nie czuję się lepsza, ani tym bardziej gorsza. Nie o tym ma być ten blog, nie o tym chce pisać. Chociaż problem ten na pewno kiedyś wróci, bo jest to (niestety) nieuniknione. Ale nie teraz. W tym pierwszym poście, chce tylko zaznaczyć, w jaki sposób ja patrzę na e-sport, skąd to moje zainteresowanie i po co to wszystko. No właśnie po co? Chciałam bardzo połączyć swoje dwie pasje – granie i pisanie. Przelać na papier to wszystko, co chodzi mi po głowie. W pewien sposób podzielić się moimi przemyśleniami. Czy są wyjątkowe? Nie sądzę, są po prostu Moje. Osobiste. Rozumiem przez to, że kształtuje je wszystko to, co składa się na moją osobowość. Moje przeżycia, ludzie, których spotkałam, moje wybory życiowe, książki po jakie sięgałam, zajęcia na jakie chodziłam, w co grałam, a także ważna, chociaż nie najważniejsza, moja płeć – wszystko to odbije się w moich tekstach. Możecie to zaakceptować, możecie ze mną polemizować. Chętnie wdam się w dyskusję. Nie bez powodu pisze felietony, a nie artykuły czy notatki. Chcę oddać swoje Ja w tym wszystkim. Zrobić coś dla siebie. Nauczyć się czegoś nowego. A przy tym nie zatracić siebie.
Nie powiem, że się na tym znam. Że jestem ekspertem, naukowcem. Graczem do szpiku kości, co to zna każdą nazwę broni/itemu i do czego służy, ile ma naboi. Ani tym bardziej, nie jestem pro-graczem, który to rozwala wszystkich na łopatki i klękajcie przede mną narody. To tym bardziej nie. To po prostu część mojego życia i jak to zwykle bywa, mam na temat e-sportu swoje przemyślenia, poglądy i chciałabym się nimi dzielić. Mam tez nadzieję, że udowodnię coś sama sobie. A dopiero na końcu wszystkim tym, co mówili, że się nie uda. Nie chcę się ograniczać do samego e-sportu. Chciałabym poruszać tematy nawet luźno związane, dotyczące chociażby sprzętu, informatyki, mediów społecznościowych itd. Całej tej otoczki, bez której tego bloga by nie było. Dużo bym chciała pisać o ludziach, bo chociaż nie jestem socjologiem, to pewne narzędzia posiadam i chętnie sięgnę po tematy dotyczące fandomu ogólnie rozumianego, ale też relacji między ludźmi, jakie wytwarza specyficzne środowisko jakim niewątpliwie jest internet. Możecie się spodziewać ironii w moich tekstach, ot taki ze mnie internetowy fighter. Zaczęłam dość poważnie, ale nie zawsze tak będzie. Nie zawsze też będzie grzecznie, są tematy które mnie niesamowicie... irytują. Na pewno to odczujecie. Nie jestem tez mistrzem korekty, a już szczególnie korekty własnych tekstów – od razu za potknięcia przepraszam.

Cześć, jestem Cloe.
Przyszła pani filolog.
Podobno literaturoznawca.
A przede wszystkim i co najważniejsze – grająca (w sumie to bardziej pasuje „strzelająca”, ale nie tylko), podobno sympatyczna (nie mi oceniać) dziewczyna, która chce wam coś od siebie i o sobie powiedzieć.
Z drobnymi zapędami artystycznymi.
Ale nikt nie mówił, że jestem do końca normalna.