E-sport (lub jak ktoś woli e-gaming) stale się rozrasta. Urodziłam się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy sam przemysł komputerowy wchodził w swój rozkwit. Eskalowało to szybko i miało wpływ na otaczający nas świat w takim stopniu, że ciężko teraz sobie wyobrazić życie bez dostępu do internetu, telefonów komórkowych, prac pisanych na komputerze, facebooka, portali informacyjnych itd. Szybkość z jaką teraz porozumiewamy się między sobą jest niesamowita. Nie tylko w prywatnej korespondencji (dzięki e-mailom, smsom, Skype... długo by wymieniać). Wszystko, co teraz dzieje się na świecie, można powiedzieć „dzieje się na naszych oczach”, niemalże na żywo. Postępująca globalizacja zmieniła wszystko. Za czasów mojej kariery w podstawówce, komputer miało co drugie dziecko, dostęp do internetu może co czwarte. Teraz ciężko, żeby tego komputera w ogóle nie było. Jak nie ma, jest tablet czy telefon. Internet chociażby z sieci komórkowej. Dostępny łatwo, praktycznie od ręki. Coraz szybszy, posyłany do domów światłowodami lub w technologii LTE.
Jestem z tego pokolenia, które te nowinki łapało i starało się „być na topie”. Pierwsze z tych, co traciło czas przy komputerze. Gry miały dawać godziny rozrywki. Grafika była „kanciasta”, muzyka często denerwująca, ale przecież nie o to chodziło. Wtedy to wszystko zachwycało „bo było” i dawało frajdę. Nikt wtedy nie myślał, że na graniu będzie można zarabiać, a turnieje e-gaminowe zbiorą publiczność liczoną w milionach ludzi. Że w Katowicach będzie odbywała się impreza, na którą zjadą ludzie z całego świata. A na wejście trzeba będzie czekać w kolejce. Przez cztery godziny. Jeśli miało się szczęście. Jeśli nie to dłużej. Że na finałach Counter-Strike ludzie będą siedzieć na schodach, stać gdzie tylko się da i krzyczeć, ekscytować się, kibicować „swojej” drużynie (przeżyłam i stanie w kolejce i finały – polecam, niezapomniane uczucie). Że za koszulkę drużyny League of Legends zapłacimy podobnie, jak za koszulkę Realu Madryt. W sumie, to pewnie nikt nie wpadł na to, że (poza samymi graczami) ktoś będzie chciał je w ogóle nosić. Że narośnie wokoło tego taka społeczność fanowska, napędzająca prawdziwy biznes, jakim teraz stał się e-sport.
Zresztą tak jest z wszystkim, co przeżywa taki nieprzewidziany rozkwit – mógłby powiedzieć ktoś bardziej czepliwy. Jednak to wszystko dzieje się tu i teraz, na moich i na waszych oczach. Mam w tym wszystkim swój jakiś tam udział, śledzę to i dlatego o tym teraz piszę. W pewien sposób mnie to dotyka osobiście. Grałam od kiedy pamiętam. Po części dzięki starszemu rodzeństwu. Mojemu bratu patrzałam przez plecy jak strzelał. To on dał mi na urodziny moją pierwszą grę „dla chłopców” - Call of Duty. I czy czuję się przez to wyjątkowa? A skąd. Wybór gier to jedynie preferencje, a że dziewczyn grających w podobne gry jest mniej? Nic na to nie poradzę. Nie zamierzam się wywyższać z powodu tego, że kiedy moje koleżanki topiły ludzików w Simsach, to ja zabijałam „ruskich”, czy strzelałam w czołgi z RPG. Też grałam w The Sims. Jednak nie ukrywajmy – w tym e-gaimingu, jaki teraz się wytworzył i o jakim chciałabym pisać, chodzi raczej o te gry w których właśnie się „zabija”, „strzela” itd. Dużo teraz upraszczania w moich tezach, ale po prostu chodzi – jak w każdym sporcie – o współzawodnictwo. Większość gier, uważanych za typowo „dziewczęce” tego nie posiada. A bez tego ciężko o odpowiednią atmosferę, która towarzyszy każdemu turniejowi. Człowiek tak ma – lubi wygrywać sam, a jeśli nie może, to lubi jak wygrywa drużyna, której kibicuje, jak zawodnik, którego tak bardzo podziwia, dobrze sobie radzi itd. Przyzna mi rację każdy, kto ma w znajomych fana piłki nożnej.
Nie czuję się lepsza, ani tym bardziej gorsza. Nie o tym ma być ten blog, nie o tym chce pisać. Chociaż problem ten na pewno kiedyś wróci, bo jest to (niestety) nieuniknione. Ale nie teraz. W tym pierwszym poście, chce tylko zaznaczyć, w jaki sposób ja patrzę na e-sport, skąd to moje zainteresowanie i po co to wszystko. No właśnie po co? Chciałam bardzo połączyć swoje dwie pasje – granie i pisanie. Przelać na papier to wszystko, co chodzi mi po głowie. W pewien sposób podzielić się moimi przemyśleniami. Czy są wyjątkowe? Nie sądzę, są po prostu Moje. Osobiste. Rozumiem przez to, że kształtuje je wszystko to, co składa się na moją osobowość. Moje przeżycia, ludzie, których spotkałam, moje wybory życiowe, książki po jakie sięgałam, zajęcia na jakie chodziłam, w co grałam, a także ważna, chociaż nie najważniejsza, moja płeć – wszystko to odbije się w moich tekstach. Możecie to zaakceptować, możecie ze mną polemizować. Chętnie wdam się w dyskusję. Nie bez powodu pisze felietony, a nie artykuły czy notatki. Chcę oddać swoje Ja w tym wszystkim. Zrobić coś dla siebie. Nauczyć się czegoś nowego. A przy tym nie zatracić siebie.
Nie powiem, że się na tym znam. Że jestem ekspertem, naukowcem. Graczem do szpiku kości, co to zna każdą nazwę broni/itemu i do czego służy, ile ma naboi. Ani tym bardziej, nie jestem pro-graczem, który to rozwala wszystkich na łopatki i klękajcie przede mną narody. To tym bardziej nie. To po prostu część mojego życia i jak to zwykle bywa, mam na temat e-sportu swoje przemyślenia, poglądy i chciałabym się nimi dzielić. Mam tez nadzieję, że udowodnię coś sama sobie. A dopiero na końcu wszystkim tym, co mówili, że się nie uda. Nie chcę się ograniczać do samego e-sportu. Chciałabym poruszać tematy nawet luźno związane, dotyczące chociażby sprzętu, informatyki, mediów społecznościowych itd. Całej tej otoczki, bez której tego bloga by nie było. Dużo bym chciała pisać o ludziach, bo chociaż nie jestem socjologiem, to pewne narzędzia posiadam i chętnie sięgnę po tematy dotyczące fandomu ogólnie rozumianego, ale też relacji między ludźmi, jakie wytwarza specyficzne środowisko jakim niewątpliwie jest internet. Możecie się spodziewać ironii w moich tekstach, ot taki ze mnie internetowy fighter. Zaczęłam dość poważnie, ale nie zawsze tak będzie. Nie zawsze też będzie grzecznie, są tematy które mnie niesamowicie... irytują. Na pewno to odczujecie. Nie jestem tez mistrzem korekty, a już szczególnie korekty własnych tekstów – od razu za potknięcia przepraszam.
Cześć, jestem Cloe.
Przyszła pani filolog.
Podobno literaturoznawca.
A przede wszystkim i co najważniejsze – grająca (w sumie to bardziej pasuje „strzelająca”, ale nie tylko), podobno sympatyczna (nie mi oceniać) dziewczyna, która chce wam coś od siebie i o sobie powiedzieć.
Z drobnymi zapędami artystycznymi.
Ale nikt nie mówił, że jestem do końca normalna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz