Dzisiaj coś tylko pośrednio związanego z grami, ale także podczas meczy bardzo użyteczne.
Dostajesz białej gorączki? Przeklinasz coraz więcej, chociaż na co dzień tego nie robisz? Masz ochotę wyrzucić myszkę, klawiaturę, a najlepiej monitor przez okno? Płaczesz przy biurku, a wcale nie oglądasz łzawego demotywatora, a toczysz dyskusję z jakimś kretynem?
Jeśli nie, to chwała ci za to.
Oczywiście trochę ubarwiam te reakcje, ale wszystkie negatywne bodźce wpływają na nasze samopoczucie, na nasze poczucie wartości, na naszą motywację do działania. Internet jest bardzo stresogennym miejscem i trudno od tego uciec. Ale można starać się temu przeciwdziałać.
Nie żebym tak sobie teoretyzowała. Jeszcze kilka lat temu sama byłam wstanie chodzić po ścianach i płakać po kątach, ale udało mi się nad tym chociaż trochę zapanować. Notatka tworzona w pewnym sensie w celach terapeutycznych, może komuś się przyda. Zaczynamy!
#1 Nie napędzaj sam siebie
Najlepiej zacząć od siebie. Chociaż sama się na tym łapię, to staram się opanować własne emocje (o czym więcej w innej mojej notatce TUTAJ). Nie polepszysz ani swojej sytuacji, ani innych uczestników rozmowy/gry, jeśli będziesz się wściekać. Nie dość, że psujesz sobie jeszcze bardziej humor, to w przeciwniku może załączyć się agresor i będzie jeszcze gorzej. Ze zwykłej sprzeczki można zrobić wielką kłótnię, oczywiście to zasada nie tylko z internetu, ale też z codziennego życia. Jeśli nauczymy sami siebie kontrolować, to już pierwszy krok do tego, żeby mieć spokój z innymi.
#2 Nie napędzaj innych
90% moich gier rozgrywam z moim chłopakiem. Jeśli jedno z nas się wścieka, to drugie momentalnie też ma zły humor. Czasem lepiej ugryźć się w język i nie rzucać głupimi żarcikami, szczególnie jeśli osoba, z którą się teraz rozmawia wydaje się przygaszona. Słuchajcie innych, jeśli ktoś, kto zazwyczaj non stop coś mówi, dzisiaj nagle jest mniej wylewny, to znaczy, że lepiej go nie narażać na dodatkowy stres. Na facebooku, jeśli widzicie smutny post koleżanki o jej zdechłym psie, to też nie polecam śmieszkowania o kebabach. Jest coś takiego jak EMPATIA i jeśli nie chcemy napędzać wokoło siebie nieprzyjemnych sytuacji, dobrze ją mieć, albo przynajmniej udawać, że ją mamy.
#3 Musisz wiedzieć, kiedy odpuścić
Jest taki moment w dyskusji, w którym lepiej sobie odpuścić (a czasem nawet lepiej jej nie wszczynać). Często po prostu nie warto tracić nerwów. Naucz się odróżniać „trolli”, szukających atencji i śmiejących się z twoich zaangażowanych odpowiedzi, od ludzi, z którymi naprawdę warto rozmawiać. Wielu jest takich, którzy w internecie tylko czekają na łatwe ofiary i wciągają je w bezsensowne przepychanki. Najlepiej odpuścić – taka osoba nigdy nie chciała dyskutować, a jedynie szukała „rozrywki”. A nawet jeśli ktoś opowiada ci w miarę normalnie, ale w pewnym momencie zacina się jak zepsuta płyta i ma ciągle te same argumenty – też daj sobie spokój. Szkoda twojego czasu, to widocznie taka osoba, której nie przekonasz żadnym argumentem, nie dasz rady nawet stając na rzęsach. Możesz jej tylko pogratulować upartego stania przy swoim i odejść.
#4 Przyznawaj się do błędów
Chociaż to taka rada jak z poradników dobrego pożycia małżeńskiego, to polecam ją wszystkim. Nie ma człowieka, który by się w życiu nie pomylił. Ty też to zrobisz, milion razy. Najgorsze co można zrobić to uparcie trwać przy swoim. Nie dość, że się zdenerwujesz, to jeszcze wkurzysz wszystkich, którzy zwrócą ci uwagę. Nie wszyscy chcą cię upokorzyć! Jeśli ktoś ci napisze, że masz błąd ortograficzny w opisie strony, to go po prostu POPRAW i PODZIĘKUJ. Nie pluj się na tego biednego kogoś, że jest jakimś gramatycznym nazistą, że ma niespełnione polonistyczne zapędy, a po drugie sam pewnie lepiej nie pisze. A no, nie pisze, jak już mówiłam, każdy popełnia błędy, czy to z pośpiechu, czy z niewiedzy, ale do jasnej cholery... Czy to taki wielki problem coś poprawić? Powiedzieć, że się nie zauważyło, rzeczywiście, jest błąd, dzięki, poprawiam? A można by zaoszczędzić sobie tylu nerwów.
#5 Kontroluj przeglądane treści
Nie lubisz tego zespołu? Nie lubisz feministek? Nie leży ci ten klub piłkarski? Wkurza cie ten aktor? A ten kolega, to pisze takie głupoty, że patrzeć na to nie możesz?
TO PO CO TO OGLĄDASZ?!
Nigdy chyba tego nie zrozumiem. Internet jest takim fajnym miejscem i tym się różni od ulicy, że możesz sobie zablokować koleżanki, które za dużo mówią o feminizmie, nikt ci nie każe słuchać zespołów, których nie lubisz, ani obserwować profili przeciwnych drużyn sportowych. Bawi mnie ten internetowy masochizm, kiedy to sami robimy sobie krzywdę czytając takie rzeczy, które nas denerwują. A są i tacy, co potem piszą komentarze i wylewają żale... No na serio, co robi kibic Barcelony na fanpage Realu, kiedy jedyne co potrafi napisać to „Jebać Real hehehe” lub odwrotnie. Ludzie, którzy za ulubioną zabawę wybierają wywoływanie modnego ostatnio „bólu dupy” i potem sami go doświadczają.
Blokuj, nie wchodź, nie czytaj. Żyj spokojnie. To takie proste.
#6 Nie bierz wszystkiego na poważnie
Ktoś nazwał cię grubą feministką, której i tak „nikt nie wyrucha” albo twierdzi, że się wymądrzasz, a zresztą, to pewnie masz małego i leczysz w komentarzach kompleksy? Spokojnie, połowa z tych obelg to wytarty frazes w słowniku takiego osobnika i nie ty pierwszy to słyszysz. Zresztą połowa z nich jest fabrykowana w ogóle bez spojrzenia chociażby na twoje zdjęcie czy profil. Po prostu taki odruch obronny gburów i osób myślących, że to śmieszne. Bardziej wyrafinowane będą już polegały na uderzeniu w twoje domniemane słabości, ale temu też nie warto wierzyć. Było już kilka historii o samobójstwach z takich powodów, już nie wspominam o anorektyczkach, które się naczytały pod swoimi zdjęciami „śmiesznych” komentarzy o tym, że są świniami i lepiej, żeby nie wychodziły z domu.
„Anonimowość”, którą – dość złudnie – niektórzy odczuwają w internecie, pozwala im na wylewanie żali i wpędzanie innych w kompleksy. A zazwyczaj sami nie są ich pozbawieni, ale wydaje im się, że jak popiszą trochę jadowitych komentarzy w necie, to będą się czuli lepiej. Nie ma co się przejmować. Serio. Najlepiej polegaj na zdaniu najbliższych ci osób – przyjaciół, chłopaka/dziewczyny, rodziny. A przede wszystkim NA SWOIM. I przy tym zostań, nawet jeśli dla kogoś masz za dużo kilogramów, ale dla siebie wyglądasz spoko, to po co się przejmować? Akceptacja siebie to dobry krok w stronę bezstresowego życia w ogóle, nie tylko w internecie, bo mało co może cie zdołować, a reszta tylko cie zmotywuje do dalszej pracy nad sobą. Uszczęśliwiaj siebie, a nie wszystkich wokoło.
Dobra koniec tego Paulo Coelho.
#7 Nie prowokuj
Czasem sami narażamy się na stres. Warto czasem pomyśleć, zanim coś się opublikuje w internecie. Szczególnie, jeśli nie jest się gotowym na możliwe późniejsze konsekwencje swojego działania. Znałam dziewczynę, której zdjęcia wrzucane na Facebooka pozostawiały wiele do życzenia, głównie jeśli mowa o pokazywanie swoich atutów. Prościej mówiąc, za dużo było cycków, za mało całej reszty. No właśnie „znałam”, bo kiedy kilka osób raczyło jej delikatnie zwrócić uwagę, że powinna się szanować, zdarzyło mi się kliknąć „lubię to”. A przez to zostałam wyrzucona ze znajomych i przeklęta na wieki wieków, amen. Ogólnie rozumiem – jej piersi, jej problem. Ale nie pojmuję świętego oburzenia i rzucania do mojej koleżanki tekstów typu: „Przynajmniej ja mam co pokazać, nie to, co niektórzy”. Uważam, że sama była sobie winna, ale zamiast powiedzieć „Dobra, ale mi to pasuje, więc w sumie o co chodzi”, zaczęła atakować drugą stronę. Na pewno się zdenerwowała, no i po co?
#8 Nie angażuj się za bardzo
Nie warto za bardzo żyć internetem, bo w końcu za bardzo nas wciągnie. Jeśli warto się w coś angażować, to w swoje pasje. Ale nie w bezsensowne spory, nie w fora, które za rok upadną, nie w znajomości z ludźmi, którzy za kilka miesięcy mogą nie pamiętać nawet jak masz na imię. Jasne, jestem żywym przykładem, że można poprzez gry znaleźć chłopaka, ale kurcze, nie każdy twój „kumpel od grania” będzie z tobą do końca twojego życia. Zresztą przypomnij sobie swoich „przyjaciół na zawsze” z podstawówki. Brzmi znajomo? Ilu z nich jeszcze mówi ci cześć na ulicy? No właśnie.
Czemu to się nie uda? Po pierwsze, jeśli dzieli was za dużo kilometrów, to mało możliwe, że się kiedykolwiek spotkacie. Bądźmy szczerzy, mało kto pędzi przez pół Polski, żeby zobaczyć się z kimś z internetu, a już szczególnie, jeśli nie liczy „na coś więcej”. Gdyby mój teraz-już-facet, nie przeprowadził się bliżej mnie, to nic by z tego nie było. Serio. Po drugie, możecie znać kogoś od kilku lat z czatu, a później spotkacie się na „kawusi” i o takim człowieku zmienić zdanie już przy przywitaniu. Bywają ludzie nie do wytrzymania na żywo, a ogólnie żeby tylko się nie okazało, że to zdjęcie było „30 kilo temu”.
Dlatego nie warto się denerwować, że ktoś tam cie zablokował, przestał z tobą grać, a w ogóle, to został adminem i już nie ma dla ciebie czasu. Już kiedyś pisałam o tym, że w internecie równie łatwo zawiera się znajomości jak się je później traci i rozpamiętywanie ich miesiącami nic nie zmieni. Nie zawsze opłaca się dawanie z siebie 100%, szczególnie za darmo, chociaż to brzmi okrutnie, ale często to, co robisz za free i w wolnym czasie, może nie być docenione. Nawet jeśli sprawia ci to frajdę, ale słowa krytyki mogą bardzo zaboleć. Czasem po prostu nie warto.
A ogólnie to:
A sami myślcie dużo, bo głównie od tego zależy wasze samopoczucie. Nie walczcie z idiotami, traktujcie internet z przymrużeniem oka, a na pewno nie dostaniecie depresji i pokoju bez klamek. Nie dajcie się zwariować.
Powodzenia w internecie!

